 |
| Hello wydarzenie wideo, 9min
2004, Passage de Retz, Paryż
2006, Galeria Laurin, Zurych, Szwajcaria |
Hello opowiadanie
La Defense to nie jest Paryż (tak mówią w Paryżu).
Twarde, niezrozumiałe dla mnie stwierdzenie. Dobrze być z zewnątrz. Nie rozumieć. Rola ignoranta pozwala na wiele.
Brak snu, taki jak zwykle, jak przez te wszystkie miesiące zimy i przedwiośnia 2004. Stałe, wyczerpujące czuwanie. Słowo czuwanie jest jak najbardziej nie na miejscu, ale tak to się przecież nazywa. Jak gdyby organizm zapomniał co to znaczy poddać się, ulec, zmięknąć. Zamiast czuwać człowiek zamienia się w dość beznadziejny strzępek czegoś, co jedynie chce zasnąć. Zero czuwania tak naprawdę. Ale pewne funkcje dziwacznie się wyostrzają.
Więc samolot. Taka głupota - zostawić wszystkie, absolutnie wszystkie tabletki nasenne w plecaku. Te wskazane i te na wszelki wypadek. Plecak ginie. Niech żyje Air France. Oczywiście panika. Potem lekarz, recepta, a potem prywatny kierowca pani Frydman, który z obrzydliwą życzliwością kupuje tabletki w pobliskiej aptece i nie ma takiej siły, żeby wręczyć mu te parę euro. Ja w samochodzie pani Frydman. Na kolanach wskakuje mi pies pani Frydman, najgłupsze stworzenie, jakie w życiu widziałam. Na dodatek nazywa się Vodka. Nie, Wódka. Wszyscy jesteśmy z Polski.
Jeszcze kolacja, mule, inne rzeczy. Jestem tak wyczerpana podróżą samolotem (co za absurd, to są tylko 2 godziny), że nie pamiętam, co kurator do mnie mówi. Coś mówi. Co pamiętam: kurtkę z czerwonego zamszu, jaką mam na sobie. Dlaczego: bo ma dziurę w kulowym ściągaczu z lat siedemdziesiątych, którą właśnie wtedy zauważyłam.
Potem hotel dla artystów. Takie getto. Przychodzę i nie mam siły rozłożyć rozkładanego fotela. Co za pomysł, żeby na czymś jednocześnie siedzieć i leżeć. Kładę się obok na tym wszystkim co miało się znaleźć na tym jebanym fotelu.
Rano: idylla, światło muskające powieki po bezsennej nocy. Duże okno, za oknem dzieci i rodzice i niańki i pokwikiwania, i wszystkie te radosne odgłosy egzystencji. Postanowienie: nie wychodzę z hotelu. Zasuwam zasłony. Ale trzeba - jedzenie. Więc do sklepu i z powrotem. Rośnie żal, że nie potrafię się, jak zwykle, niczym cieszyć, ani też z niczym nawiązać kontaktu. Nie do końca. W korytarzu natykam się na jakiegoś Bułgara - wino od rana, o tym świadczy jego oddech. Mówi o artystach i sztuce, potem o sztuce i o artystach. Również o kuratorach, wystawach, o wielkiej sławie Bułgarii, Nedko Solakovie. Jest nawet miły, tylko chce, pragnie, jest cały wysiłkiem, wysilonym dążeniem, co rzecz jasna, przesądza o klęsce. Mówię do niego, że chcę zobaczyć parę wysokich miejsc, tj. miejsc wysoko położonych, o dajmy na to Sacre Coeur, choć Bóg mi świadkiem, dałabym wiele, żeby niczego nie oglądać. Z drugiej strony mam niejasny plan, ślad projektu o lataniu, jakiąś niejasną intuicję, że z wysoka widać inaczej. No i ten dosłowny dystans. Ale do Bułgara mówię, że byłoby milo, że trzeba wyjść z tego getta. Jak turystka. Potem znikam w pokoju. Dwa dni i dwie noce z zapasem jedzenia, jajkami na twardo i dużą ilością chleba, ba, nawet z kurczakiem i sałatką - posiłki o dziwnych porach. Jedzenie pomaga zapaść przynajmniej w lekki letarg. Trzeba się nawpychać. I Bernhard, trochę ciężkawy, ale dobrze mi z nim. Mam jego książkę w formie kserokopii, jakie dał mi mój chłopak, muszę szukać stron, co ciągle się gubią, to dodatkowe zajęcie. Nie piszę, nie pracuję. Spędzam czas.
Dzień trzeci, wychodzę, jadę metrem obejrzeć wieżę Montparnasse. Gęsto wokół, nic nie widać, zero oddechu. Potem jeszcze parę wysokościowców. Potem kierunek La Defense. Długa podróż. Wysiadam. Słońce, inne niż w ogródku koło getta. Lepsze. Wielka ulga. Żadnych miejsc ślicznych, wszystko szarawe, ale ile przestrzeni! Wszystko klęknięte, nieudane, złamane. Sporo w tym rozmachu. Idę i idę. Ogromna promenada, łuk przede mną. Jest naprawdę, najprawdziwiej brzydki. W płytach którymi wyłożone jest całe La Defense, nagle dostrzegam zagłębienie, schody w dół, potem krata. Co za kratą - niewiadomo. Przed kratą flagi iluś tam krajów - jakich nie pamiętam, pewnie dwunastka. W każdym miejscu ktoś próbował tę przestrzeń jakoś scenograficznie rozegrać. Coś postawić, coś powiedzieć.
Wjeżdżam kapsułą z plexi na szczyt łuku. Niemieccy turyści. Amerykańscy turyści. Drogo, 7 euro. Na szczycie - fantastyczne odkrycie, wystawa amatorskiej sztuki. Torsy z brązu, wielkie cyce, wygięte spazmatycznie łona i do tego wszystkiego szkice przedstawiające to samo. Wiele cytatów z wielkiej francuskiej sztuki.
Potem puste plastikowe doniczki, dywany ze sztucznej trawy, pozaginane na rogach. Beton, dziury w betonie. Coś co jest z betonu i mam być idealne, jak raz się skiepi, to już zawsze będzie tylko skiepione. Cały La Defense starzeje się w taki groteskowy sposób, bo w ideologii postępu nie ma miejsca na urok starości.
Idę więc tymi skiepionymi schodami w górę, na sam szczyt. A tam - wiatr. Ludzie przechadzają się w prawo i w lewo, tylko wąski prostokąt przestrzeni jest dostępny dla ludzi. I można chodzić tylko: w prawo albo w lewo. Można też stanąć. Po chwili namysłu wszyscy wyciągąją 1 lub 2 euro i wrzucają w szczelinkę, w jaką wyposażone są lornetki. Potem nachylają się w charakterystyczny sposób i patrzą przez te lornetki przez minutę albo dwie. Zależy ile wrzucili w szczelinkę. Potem jeszcze bez lornetki. Ile trzeba patrzeć, żeby wypatrzeć 7 euro. Pokazują sobie jakieś punkty, na przykład wieżę Eiffla. Szczególnie dzieciom. Potem schodzą z powrotem. Koniec.
Robię to samo. Odkrycie: przez lornetki widać ludzi w biurach, szczegóły instalacji na dachach wielkich biurowców. Prawdziwy technologiczny kosmos. Oddycham całymi płucami. Pierwsza wielka ulga. Chciałoby się pokrzyczeć, ale nie wypada.
zdjęcia: Artur Żmijewski, Julien Prévieux
|