Hanna Gill-Piątek: Pogrzeb Minaretu

W czwartek na Festiwalu Malta pogrzebaliśmy Minaret. Postanowiliśmy dać spokój staremu kominowi, który dzięki projektowi Joanny Rajkowskiej miał być trwałą interwencją artystyczną w przestrzenny monolit dobrze ułożonego Poznania. Potem wskutek przeszkód, jakie napotkał, miał być już tylko minaretem na jakiś czas. Następnie kilkoma świetlnymi, ledwie widocznymi kreskami zarysowującymi jego kształt na tle nocnego konturu miasta. A kiedy i to się nie udało, Minaret stracił swój materialny kształt i stał się programem edukacyjnym dla poznańskich szkół, przygotowanym przez prof. Bursztę. Który to program również nie otrzymał środków i poległ. Zarówno program, jak i sam Minaret powstały na zlecenie władz Poznania. Te same władze użyły administracyjnej machiny, żeby Minaretowi najpierw wybić zęby i połamać kości, a potem dobić go w ciszy. Pieczołowicie odpowiadano na każde pismo w ostatnim możliwym dniu, wynajdując wciąż nowe powody, techniczne lub formalne, dla których nie może być zrealizowany. Kończyły się kolejne pozwolenia, a czas potrzebny na ich wydanie wyczerpywał ważność poprzednich. Minaret utknął w biurokratycznym bagnie, które pod pozorami racjonalności skrywało atawistyczną niechęć. Niechęć do artystów, którzy powinni ozdabiać, a nie rozrabiać. Do zbudowanych z cegły, światła lub wiedzy „elementów kulturowo obcych” w przestrzeni „miasta know-how”. Do żywych „elementów obcych” zresztą też. Trzeba było wreszcie powiedzieć: dosyć. „Sąd Konkursowy uważa, że realizacja tego zamierzenia: a) jest obca kulturowo, b) nakłada się na osie widokowe w kierunku na katedrę i na pobliski budynek dawnej synagogi, c) może być odebrana jako prowokacja o charakterze religijnym, d) może być odebrana jako próba ośmieszenia symbolu religijnego – minaretu, poprzez jego realizację na kominie przemysłowym, e) nie posiada żadnych istotnych walorów artystycznych związanych z wydarzeniami kulturalnymi miasta Poznania” – tak dwa lata temu o Minarecie Joanny Rajkowskiej pisał sąd konkursowy w swojej opinii dotyczącej zagospodarowania terenu wokół nieczynnego komina na Garbarach na cele inwestycyjne. Sąd co prawda nie był uprawniony do wypowiadania się o projekcie Rajkowskiej, bo konkurs dotyczył budowy kolejnego szklanego monstrum na osi widokowej między poznańską katedrą a nieczynną synagogą. Ale sąd się wypowiedział. W sumie mógł też dorzucić coś o sensie życia, bo o to też nikt nie pytał. Ważne, że była to jedyna urzędowo potwierdzona deklaracja prawdziwej przyczyny niechęci, z którą spotkał się Minaret: kulturowej obcości. Żadna z ośmiu osób podpisanych pod opinią nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za te słowa. A szkoda, bo warto by się dowiedzieć, na czym polega unikalność sztuki poznańskiej, do której projekt nie pasuje. I dlaczego konserwatorka broniąca tożsamości kulturowej miasta, w tym historycznych osi widokowych, jest przeciwko niewielkiej kopii minaretu z Dżeninu, natomiast nie widzi nic złego we wstawieniu w to samo miejsce biurowca. Wspominając ubiegłoroczny Marsz Tyłem, poszliśmy z Martynem, moim synem, na skrzyżowanie obok komina, który nie mógł stać się Minaretem. Chcieliśmy jeszcze raz rzucić okiem na historyczną oś widokową i kulturowe wartości miasta, których broniła pani konserwator. Trafiliśmy na dwie wielkoformatowe siatki promujące delikatesy i fikuśny zlew, dwa billboardy, kilka innych plansz oraz zaparkowaną przy Estkowskiego lawetę z dziką reklamą. Komin, nieszczęsny bohater całej awantury, odważnie stroił głowę w nadajniki telefonii komórkowej. Od północnej strony Garbarów historyczną oś widokową nadgryzał nowoczesny apartamentowiec. To wszystko między poznańską katedrą a nieczynną od wojny synagogą. Cała masa prawdziwego dziedzictwa. Trzeba przyznać, że władze Poznania zachowały się ładnie i choć przez wszystkie lata nie dały na projekt nawet złotówki, odrzucając konsekwentnie wszystkie wnioski o dofinansowanie, to na pogrzeb Minaretu chętnie złożyły się razem z Fundacją Malta. Wieść o zamknięciu projektu zaowocowała ekspresową hojnością, tym razem bez żadnych przeszkód administracyjnych. Dzięki temu mogliśmy wśród powiększonych wydruków urzędowych pism siedzieć cały dzień w Starej Rzeźni, dookoła czegoś w rodzaju pożegnalnego ogniska z rurek świetlnych, które miały kiedyś tworzyć widmowy zarys Minaretu. Przez osiem godzin debatowały różne strony. Naukowcy, urzędnicy, twórczynie projektu, społeczność muzułmańska, publiczność. Chwilami było gorąco. Ale nie tak, jak dwa lata temu, kiedy to dyskusja co chwilę wracała do tematu (i poziomu) wojen krzyżowych, nie mogąc, jak to zauważył jeden z uczestników, przejść nawet do odsieczy wiedeńskiej. Jednym z ważniejszych zarzutów było to, że Minaret nie odnosi się do aktualnych problemów Poznania. Powinna ta Rajkowska zrobić coś o antysemityzmie i od razu byłoby łatwiej o fundusze i akceptację. Wiadomo. Żydzi, geje, a nawet feministki to już znani inni, po co nam jeszcze jacyś nowi obcy. Mamy już dyżurnych, zasymilowanych, o których można pisać słuszne wypracowania i dostawać za nie Nagrodę Nike. Polska kultura uporała się z wykluczonymi w taki właśnie sposób i ani myśli zmierzyć się z nowymi problemami. Dlatego Minaret, który reprezentuje prawdziwe nieznane, szokuje i straszy. Po powodzeniu projektu „Pozdrowienia z Alei Jerozolimskich”, słynnej palmy, która stała się wizytówką Warszawy, władze Poznania liczyły na coś podobnego, zapraszając Rajkowską. Może myślały, że palma to coś w rodzaju fantastycznej ozdoby miasta, wartości dodanej, którą fajnie pokazać w folderze. Nic bardziej błędnego: w czasie powstawania budziła ona nie mniejsze emocje niż Minaret – spotkała się z silnym oporem urzędów i posądzeniami o promowanie syjonizmu. Mimo zaskoczenia efektem wizyty studyjnej artystki ówczesny, nieżyjący już prezydent Frankiewicz Minaret zaakceptował. Tyle że kiedy prezydenta zabrakło, zabrakło również szerszych horyzontów. Wystarczy obejrzeć film promocyjny Poznania, żeby zrozumieć, jak antyczną koncepcję nowoczesności mają ludzie odpowiedzialni za promocję tego miasta. W tej wizji mieszczą się autostrady, stadion, cukierkowa starówka i artystyczne ozdóbki, do których Minaretu nijak zaliczyć się nie da. Zadziwia moc tej niewielkiej wieżyczki. Sama możliwość jej pojawienia się rozpętała w Poznaniu prawdziwe tsunami. W dyskusji o Minarecie spotkały się niezliczone płaszczyzny interpretacji, starły się różne języki opisu: ekspercki, urzędniczy, społeczny, religijny. Opinia publiczna mówiła co innego niż władza uzurpująca sobie prawo do jej reprezentowania. Każdy czuł się uprawniony do wypowiadania się za innych. Joanna Rajkowska oczywiście wolałaby, żeby Minaret nie był tylko fantazmatem, żeby pojawił się naprawdę jako kamienna budowla, wrósł w pejzaż Poznania, starzał się razem z miastem. Prawdopodobnie nigdy się tak nie stanie. Ale kiedy pojawią się w Polsce prawdziwe minarety, Poznań i tak będzie o krok do przodu. Pewne sprawy z pewnością dobrze przedyskutował. źródło: http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Gill-PiatekPogrzebMinaretu/menuid-1.html