Joanna Rajkowska w rozmowie ze Stachem Szabłowskim

SS: Dlaczego zrobiłaś ten projekt - mam na myśli samą akcję, nie slideshow.
JR: Tego rodzaju decyzje są zazwyczaj efektem pewnego ciągu pomysłów, wykluczeń. Zostałam zaproszona do galerii Müllerdechiara. Był jeszcze sierpień i to bardzo gorący sierpień roku 2003. Najpierw chciałam zasypać galerię piaskiem, wypożyczać ludziom stroje plażowe, ręczniki i zbudować basen. Wyobrażałam sobie siebie jak lecę z ręcznikiem, kolorowym, plażowym ręcznikiem, jak wypożyczam piękne gacie w palmy. Plaża miała być w samej galerii i wokół niej. Miejsce idealne - Rosa Luxembourg Platz, trochę na uboczu, trochę trawy, ale Mitte, więc miejsce jak najbardziej odwiedzane. Dobrze, że z tego zrezygnowałam, bo na początku września już było zimno. Jedynym sensem takiego galeryjnego plażowania byłoby wspólne taplanie się w wodzie, spędzanie czasu, bo przecież nie gacie w palmy. Więc zostałam z taką niejasną intuicją leżenia koło siebie, rozmawiania, bycia razem po prostu. Ale plaża jakoś przestała mi wystarczać. Jechałam wtedy do pracy rowerem i gdzieś na wysokości Spacerowej pomyślałam: nie będę decydować, co mam robić, jaki ma być ten projekt, ten czas spędzony w galerii. Niech inni o tym zdecydują. Pozostawię sytuację otwartą i będę robić to, o co inni mnie poproszą. Taka konstrukcja pozwalała mi przebywać z ludźmi a o to w gruncie rzeczy chodziło.

Na ile interesowała Cię płynność społecznych ról, sytuacja "wynajmowania się", w której ktoś drugi definiuje do pewnego stopnia twoja tożsamość (teraz będziesz barmanka, murarzem, posłańcem)
Mniej mnie interesują społeczne role i ich płynność, bo to jest chyba oczywiste, ale zmiana tożsamości, tj. jej osobiste przeżywanie - bardzo. Nie będę się rozwodzić nad dziecinną wprost radością, kiedy trzeba nagle, na czyjeś żądanie, czyjś kaprys, włożyć jakiś strój i stać się nagle kimś innym. Kiedy wchodzi się głęboko w pewną rolę, czynności, jakie się wtedy wykonuje nabierają innego sensu. Nie potrafię tego do końca wyjaśnić. Pamiętam, że piekłam i sprzedawałam wafle na jakimś festiwalu tańca (tej historii nie ma na wystawie). Byłam ubrana w fartuch i śmieszne kucharskie kepi. Nagle moje własne ruchy przypomniały mi, że kiedyś, jeszcze na studiach, w Nowym Jorku, sprzedawałam soki w jednym z barów. Te same zwroty, słowa, ból w krzyżu, ta sama funkcja. Tyle, że wtedy bardzo się w tym barze męczyłam. Teraz czułam, że jakoś odczarowuję tą sytuację, że wreszcie te ruchy, skłony i słowa nabierają właściwego sensu.

Na czym polegała największa różnica miedzy zleceniami w Polsce i w Niemczech?
Różnica polegała chyba na oczekiwaniach. Może to dobry moment, żeby powiedzieć, że ten projekt w sposób dość bezwzględny obnażał ludzi, ich sposób rozumienia funkcji artysty, ich możliwości kontaktu, ich horyzont. Mogli mnie w końcu poprosić o co chcieli, byłam nieomalże złotą rybką! (bez możliwości finansowych...) W Łodzi stało się to, na co czekałam najbardziej. Nikt mnie nie prosił o malowanie czy organizowanie sesji zdjęciowych. Ludzie chcieli za mną spacerować, chcieli życzeń urodzinowych, chcieli sprzątania domu po dwóch mężach, żeby trzeci, jak się znajdzie - miał przygotowaną przestrzeń. Ciekawe jest to, że takie rozumienie roli artysty miało miejsce w tej naszej wyklinanej, zapyziałej Polsce a nie w oświeconym Berlinie.

Gdzie przebiegały granice projektu, nie licząc oczywiście seksu, przemocy i łamania prawa?
Prawo, to może nawet bym złamała. Ale uprawianie seksu w ramach projektu - umarłabym ze śmiechu...Granice leżały chyba w intymności. Także w odpowiedzialności za drugiego. Zdarzyło się takie spotkanie, które musiałam przerwać, musiałam je przestawić na inne tory. Był to nauczyciel plastyki, miał na oko ponad sześćdziesiątkę. Zaczął się zwierzać. Mówił, że zostawił dom w zachodnich Niemczech, rodzinę i pracę. Przyjechał do Berlina. I że to ostatnia szansa w jego życiu. Prosił o pomoc. Poczułam, że nie dam rady. Że nie mogę się bawić w psychoanalityka. Ani też zmieniać toru czyjegoś życia. Tu z pewnością leżała granica projektu.

Umieszczasz ten projekt w przestrzeni sztuki, ale dematerializujesz dzieło. Dlaczego? W jakiej sytuacji stawia to Ciebie jako artystkę - pozbawiona artefaktów, produktów? Czy nie boisz się takiego efemerycznego, niematerialnego funkcjonowania? Jak sobie z tym radzisz?
Przecież ten pokaz slajdów, bo chyba tak to trzeba nazwać, albo inaczej - ten niemy film, to właśnie produkt. To drugie życie projektu. Myślę, że tego rodzaju funkcjonowanie daje mi sporą wolność. Mam projekt, myśl, konkretne wydarzenie. Zostaje dokumentacja, z którą mogę zrobić, co zechcę. Mogę zrobić zdjęcia. Jak jest materiał - to film, albo tak jak teraz - serial obrazkowy. Mogę też produkować przedmioty albo fotografie, które mają ukrytą historię w tle. Są to działania wtórne, ale ja tak rozumiem rolę przedmiotów, bardziej jako rekwizytów, czy jak mówi Francis Alys - ekwiwalentów projektu, niż jako zamkniętych, 'docelowych' dzieł sztuki. Takie prace zawierają w sobie odsyłacz do wydarzeń, które się już odbyły. Kiedy się więc na nie patrzy, można sobie wyobrażać jak ta sytuacja się rozwijała, czym była w istocie.

Czy nie sadzisz ze slideshow to rzecz funkcjonująca równie blisko sztuk wizualnych, co literatury?
A pamiętasz jak rodzice puszczali nam bajki na slajdach w rolkach? Jak je przewijali i śmierdziało rozgrzanym plastikiem? Tam też było mnóstwo słów do czytania.

Rozmawiał Stach Szabłowski [04.02.2005]