Urodzona w Berlinie
2012, projekt-biografia, film, 20', kolaż

Berlin

Projekt dla 7 edycji Berlin Biennale
Kuratorzy: Artur Żmijewski, Joanna Warsza, Wojna
Koprodukcja 7 edycji Berlin Biennale i Fundacji Żak | Branicka
Współfinansowany przez Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundację Róży Luksemburg
Menadżer projektu: Zdravka Bajović

FILM
Producent: Przemek Kondraciuk
Zdjęcia: Andrew Dixon, Sławomir Bergański, Joanna Rajkowska
Montaż: Lech Molski, Marcelina Górka, Joanna Rajkowska
Dźwięk: Ernest Gaweł
Efekty wizualne: Marzena Nehrebecka
Specjalne podziękowania dla Artura Żmijewskiego za troskę i uwagę oraz dla wszystkich, którzy pomogli nam sprowadzić Różę na ten świat, szczególnie Zdravce Bajović and Andrianie Angeli, położnej.  I, oczywiście, Asi Żak and Monice Branickiej za ich matczyne ramiona i dobrą kawę.

Projekt polegał na świadomej decyzji urodzenia dziewczynki, Róży, w Berlinie, w szpitalu Charité. Róża pozostała w tym mieście przez rok, było to pierwsze miejsce jej kontaktu ze światem.

Przez całe życie na pytanie: Gdzie się urodziłaś? – będzie odpowiadać – w Berlinie. Myślę, że wybór miejsca urodzenia w sposób istotny wpływa na los każdej istoty i na jej stosunek do owego miejsca. Wraca się tam jak zwierzę, myśli się o nim inaczej. Dla Róży Berlin będzie się kojarzył z życiodajnym początkiem, choć pewnie nie będzie tego pamiętać.

Pierwszy haust powietrza, pierwsze wydane przez nią dźwięki, pierwsza walka z infekcją bedą związane z tym miastem i nic tego nie zmieni. Róża była moją odpowiedzią na Berlin. Najlepszą jaką miałam wiosną 2011 roku.

Berlin jest specyficznym stanem umysłu. To miasto, które nie może udźwignąć swojej historii, które za wszelką cenę chce żyć chwilą teraźniejszą, rozkoszować się sobą, nieporównywalnym z niczym berlińskim ‚powietrzem’ i stylem. Berlin nie chce być nagi, nie chce pokazywać ran, nie chce, po latach wojny i powojennej traumy, eksponować swojej bolesnej strony. Chce być ważną, kulturalną stolicą, elegancką, zimną i nowoczesną. Wykorzystuje do tego celu architekturę, sztukę i wyszukany design: zarasta świetnymi budynkami, wystawia doskonałych artystów i pokazuje bardzo ciekawe projektowanie. Jednocześnie tworzy się w nim pożądana scena alternatywna – ale to jedynie kontrapunkt dla jego gładkiej powierzchni. Gdyby było to jedyne oblicze Berlina, nie byłoby tam miejsca dla Róży. Ja jednak wszystkimi zmysłami czuję, że Berlin nie jest w stanie poradzić sobie z samym sobą. Jest jak człowiek w średnim wieku, przystojny, dobrze ubrany, ale bardzo zmęczony przewlekłą chorobą, która miała wiele lat temu swoje stadium krytyczne. Zmęczony nie tylko tym co przeżył, ale też próbami opowiedzenia o tym, brakiem języka, powikłaniami oraz ilością leków przeciwbólowych, które musi codziennie przyjmować. Po chorobie zostały guzy i zmarszczki. Niektóre miejsca w jego ciele są zupełnie martwe.


I tu się zaczyna moja mocna, jednoznaczna, twarda relacja z tym miastem. Chcę widzieć te martwe miejsca, chcę ich dotknąć. Chcę, żeby pojawiła się tam Róża. Kobiety w ciąży żyją podwójnie. Mam wrażenie, że ten naddatek życia, to małe wibrujące we mnie ciałko było jedyną jaką miałam, oczywistą odpowiedzią na tą martwotę. Nie trzeba było żadnych dodatkowych wyjaśnień oprócz prostego przeciwstawienia tego co żyje, temu, co w jakiś sposób było, a często jest – martwe. Dlatego sama obecność Róży, była swego rodzaju opisem, dopisem, komentarzem i zajęciem stanowiska.

Róża w Berlinie. Pamiętnik.


Niedziela 5 marca 2011.

Londyn, E2 9BN, Cheverell House. Mieszkanie nr 17. Długa noc, przerywana dziwnymi dźwiękami z zewnątrz, ktoś coś wiercił, przeciągle, głośno i ktoś charczał. Śpię z Różą w brzuchu, z tym małym, twardym jak kamień, upartym ciałkiem, które już ma swoje przyzwyczajenia i protestuje, kiedy mu niewygodnie. Róża jest, jest mocno, zawsze, czasem boleśnie, czasem znika na godzinę i wtedy zaczynam się niepokoić. Jest bardziej niż ja. Wydaje się, że jestem tylko dodatkiem do niej, czymś obdarzonym możliwością przemieszczania się, dziwnymi wypustykami, przedłużeniami w formie rąk, nóg i świadomości, czymś co ma ją transportować. Kiedy myślę o niej, myślę zawsze w kategoriach bycia. Kto jest mocniej, ja czy ona, kto bardziej boli, komu się dzieje… Nie myślę w kategoriach połączenia dwóch osób. Nie jesteśmy jednym ciałem, czasem dochodzi nawet do sporów. Na początku ciąży uczucie jest skrajnie inne – jesteś ty i coś się w tobie formuje. Gdzieś w połowie dochodzi do cichego rozłączenia. Istota zaczyna się oddzielać, stawać sobą, używać cię. Nie mam jeszcze żadnych uczuć wobec tej istotki, poza bardzo instynktownym i bardzo oczywistym uczuciem troski i obowiązku opieki. Wiem, że jestem gotowa zrobić wszystko, żeby była bezpieczna, ale jest to instynkt, a nie świadome uczucie, jakie rozwija się miesiącami, czy nawet latami w stosunku do innego (dorosłego) człowieka. Decyzje już podjęte. Andrew rzuca pracę, przenosimy się do Berlina. Będziemy żyli z oszczędności i okazjonalnych wystaw i wykładów. Andrew będzie ojcem pełnoetatowym. Intencja jest bardzo prosta – oddać małe życie temu miastu, wrzucić Różę w sam środek Berlina, przesączyć je przez jej skórę. Zarówno teraz, kiedy jest jeszcze we mnie – (przez moją skórę), jak i później, kiedy już będzie rozglądać się wokół. Ufam wiedzy, którą nabywa się poprzez oddychanie, jedzenie, dotykanie. Róża będzie pić berlinską wodę i oddychać berlińskim powietrzem. A potem za każdym razem, pytana o miejsce urodzenia, będzie mówić: Berlin. Z niemieckim akcentem. Poniedziałek, 4 kwietnia 2011 Parę dni temu, podczas snu, ktoś pożyczył ode mnie nogę. Nie śniło mi się to. Zbudził mnie straszny ból. Nie był to ból nieobecnej kończyny, jak się czasami zdarza przy braku przepływu krwi, ale jakieś dziwne połączenie skurczu, niemocy i martwoty. Czy to wielki brzuch ugniata nerwy? Czy noga wędruje do kogoś, czy ktoś jej czasem nie używa… Wczoraj znowu to samo. Już nie podczas snu. Najpierw jedna noga, potem, nagle to przechodzi. Z bólu w ulgę, cichą, ale wielką ulgę. Potem, nagle – druga noga. Co się dzieje? Lecę właśnie z Berlina do Londynu. Widziałam się tu z położną, Andrianą Angeli, która świetnie mówi po polsku. Ostatni lot przed porodem. Róża niespokojna, kopie ostro. Byłam w mieszkaniu berlińskim, spędziłam tam noc. Pusto bardzo, bardzo betonowo. Ściany, sufit z betonu – szarego, surowego: bunkier. I hałas pociągów, które przetaczają się przez Hackescher Markt. Dudnią, suną, toczą się przez beton. Trzeba zamykać okna. Nie jestem pewna jak my to wytrzymamy…. Położyłam się do łóżka w tym stosunkowo pustym, betonowym pudle i zaczęłam pisać. Był to wywiad z Dorotą Grobelną dla Instytutu Polskiego w Berlinie. Włączyłam muzykę, głośno, a potem bardzo głośno. Dźwięk odbijał się od betonowych ścian. Było mi tam dobrze.


Poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Pakuję nasz londyński dom. Trudno wybrać co potrzebne. Nie mam prawie nic dla Róży oprócz stosu ubrań. Ani też nie potrafię wejść w rolę wiedzącej matki. Andrew wiezie z Plymouth rydwan na wystawę na Wyspę w Gdańsku i wózek dla dzieciaka, dwa ważne pojazdy. Środa, 13 kwietnia 2011 Szaleństwa pakowania ciąg dalszy. W koncu zwinęliśmy dom…. Zdążyliśmy jeszce popływać w odkrytym basenie w parku London Fields, choć było zimno jak diabli… Wielkie zimne hausty tlenu. Czwartek, 14 kwietnia 2011 Jedziemy, już jestesmy niedaleko Canterbury – w drodze do Dover. Jesteśmy zapakowani na maxa. Rzeczy się piętrzą w niemożliwy sposób z tyłu samochodu. Właśnie twarde dyski wylądowały mi na głowie…. Podróż promem trwała krótko i była cudowna. Obrzydliwe kanapki własnej roboty (jedzenie na promie jest jeszcze gorsze), jagody z tureckiego sklepu i nieco zapleśniałe maliny. Powietrze, woda, szeroki pas, biala smuga, którą zostawiał za sobą prom, nad którą kotłowały się mewy. Czułam dziwne, ciche uniesienie. Potem – Belgia, Holandia, parę wpadek GPSa i nasze zagubienie. Na samym końcu podróży zdarzył się bardzo dziwny wypadek. Niby wypadek, niby zagęszczenie, spowolnienie, a w końcu całkowity postój. Kiedy wreszcie ruszyliśmy, okazało się, że na drodze stoi wygięta w łuk długa ciezarówka. Andrew stwierdził, że to pewnie ciężarowka do przewożenia rzeczy wygiętych właśnie w taki łuk. Ja jednak pomyślałam, że coś musiało ją wygiąć w taki sposób. że to nie design a wypadek. Jak było naprawdę, tego się nie dowiemy. Niedaleko stała inna ciężarówka, której w środku zapadły się towary, przesunęły na jedną stronę i wybrzuszyły palndekę. Pod plandeką czaiła się już szpara. Obok stała policja. Zapadka versus wygięcie. Albo wygięcie versus wybrzuszenie. Potem Andrew padł i ja też. Kryzys energetyczny. Znaleźliśmy jakiś hotel. Nie było łatwo…. Nazywał się Arkadia. Był straszny, korporacyjny, zachodnioniemiecki, bogaty, ale nie mieliśmy już siły szukać dalej. Kosztował 100 euro, majątek. Nie było tam internetu. Myśleliśmy, że znaleźliśmy się w miejscowości o intrygującej nazwie Porta Westfalica, ale to było Bad Oeynhausen. Mialam niespokojną noc. I dziwny sen…. Nestępnego dnia Andrew uświadomił mnie, że ta właśnie noc, to równo 4 tygodnie przed planowanymi urodzinami Róży. Śnił mi się szpital w Bydgoszczy, szpital im. dr Narutowicza. Tam, gdzie sama się urodziłam. Ktoś był chory, miałam tego kogoś odwiedzić. Najpierw był taki dziwny placyk, nieco po prawej stronie, z nierówno położonymi płytami chodnikowymi. tak jak kiedyś – na piasku. Przed nim zakole dla samochodów, A potem piętro i sala, a w niej łóżka. Na łóżkach zobaczylam ziemię. Czarną, piękną ziemię. Na ziemi – ugotowaną kaszę gryczaną, a na niej krew.Wszystko było pokryte posoką. Pod ścianą, koło siebie, nierówno, opierały się litery, dopiero co urodzone, litery z cyrylicy. Nie pamiętam jakie. Pamiętam natomiast jak wyglądały. Każda miała szkielet, zrobiony z ludzkiego szkieletu, widziałam wystające kolana i łopatki, żebra i mięśnie. Dużo mięsa, litery było dobrze odżywione. Biala skóra pokryta była jeszcze krwią łożyska. Odpoczywały.


Piątek, 15 kwietnia 2011

Podróż z Bad Oeynhausen do Berlina już bez przeszkód i kryzysów. Czuję cały czas dziwne uniesienie. Filmuję ósemką tablice z nazwami mijanych miejscowości. Wreszcie pojawia się Berlin. Filmuję wjazd do miasta – tablica z niebieskiej zmienia się na żółtą. A potem Rochstrasse i nasz blok. Wysoki, pod niebo. Potem górę paczek, worków, torebek, walizek i reklamówek piętrzących się pod ścianą. Potem to samo, spiętrzone wertykalnie w windzie. A na koniec widok zapierający dech w piersiach, czyli panoramę Berlina z 23go piętra. Róża była już trochę zmęczona, a ja trochę przesadziłam na koniec z noszeniem, nawet lekkich worków. Więc po odstawieniu samochodu w miejsce, w którym wreszcie nie było parkomatów, położyłam się jak sztywna ryba na pół godziny. Napięcie ustało, ale dalej czułam dziwny, długotrwały skurcz tkanek . Nieprzyjemne to jest. Wolę już jak się rusza, naciąga mi brzuch we wszystkie możliwe strony, dziobie łokciami i piętami.


Sobota, 16 kwietnia 2011

Noc bez snów, ciemna, bo żaluzje są grube. Krótka, bo niedużo spaliśmy, a ja pisałam długo jeszcze w nocy. Obudziłam się znienacka, dziwnie świeża po dwóch dniach podróżowania. Przytuliłam się do Andrew plecami, drapał Różę w tyłek, który wystawał jak zawsze z lewej strony mojego pępka, a ja czułam jak jego członek podnosi się w „porannej glorii”. Bardzo lubię to angielskie wyrażenie. Jest tam pełny szacunek dla męskiej erekcji. Więc zrobilam mu loda, zamiast się pokochać. Jestem przerażona, że seks może wywołać skurcze, tak jak już kiedyś, przed dwoma tygodniami się zdarzyło i postanowilam, że….. ale… nie dalam rady, więc w końcu zaczęliśmy się kochać, długo, dokładnie – na głodzie. Berlin został ochrzczony spermą. Skurcze się nie powtórzyły – pewnie dlatego, że mieliśmy kondom, a prostaglandyny w spermie zawierają oksytocynę, która właśnie wywołuje skurcze…. Eh, kocham to miasto. Potem zcięliśmy sobie włosy. Andrew przyciął to co mu zostało na czaszce do 3mm, podciął zarost, ogolił się, a potem wyciął mi po lewej stronie głowy piękny łuk, prawie do samej skóry. Moja asymetryczna twarz dostała asymetryczną oprawę. Wieczór. Piszę. Patrzę przez okno. Nad szpitalem Charite jest pomarańczowa kreska. Słońce – od góry i od dołu przykryte chmurami. Czuję dreszcz emocji. Nie do końca wiem dlaczego.


Niedziela, 17 kwietnia 2011

Miałam jechać z Andrew do Polski, ale dopadły mnie koszmary w nocy. Słabość, totalne napięcie, mokro tam na dole, mokro między nogami. Panika. Slabość ducha i ciała, napięcie. Róza się rusza, przebiera nogami. Prowadzi ze mną dialog, wpycham jej nogę, która atakuje mój brzuch tuż nad prawym biodrem, a ona wystawia ją jeszcze bardziej ciut niżej.


Poniedziałek, 18 kwietnia 2011

To wszystko jest trochę jak z bajki. Pobieglam do Zdravki, zadzwoniłyśmy do położnej. Muszę wiedzieć jak daleko jestem w moim ciążowym zaawansowaniu. Czy to sie czasem nie zdarzy wcześniej? Andriana siedziala w restauracji Valentino, w zachodnim Berlinie. Wzięłyśmy taksówkę. Wille. W Valentino zastałyśmy Andriannę z jakimś bardzo przyjemnym człowiekiem – Manfredem. Okazał się być pisarzem. Starszym już, bardzo chorym – Parkinson. Był spowolniony lekami. Chciał mi pokazać zdjęcia Kuby, skąd właśnie wrócił, walczył z hasłem do komputera przez parę minut. Jego widok mnie zelektryzował. To był Berlin, tak właśnie wygląda to miasto. Spodnie w delikatne białoniebieskie prążki, jasnożółty pulower, bardzo jasny, żólty neapolitanski. Opalenizna z Kuby, lekka, naturalna, para okrągłych, niedużych, dobrze dobranych okularow na nosie. Leki, choroby, podróże, lekkie podekscytowanie moją ciążą. Pełna świadomość tego, co to znaczy. Miałam ochotę się do niego przytulić i wszczepić mu parę komórek macierzystych w jego zmęczoną chorobą mózg. Jak wychodziliśmy, zatrzymał nas, a raczej wrył nas w chodnik widok ciężarówki z mięsem. Wielkie rozpłatane na pół krowy wisiały wewnątrz samochodu, Czerwone i białe. Tłuszcz i mięcho i szkielety: żebra, łopatki, piszczele. Była to dostawa do tureckiego rzeźnika, nazywał się Hizmet. Ciężarówka byla z Polski, z Poznania.


Wtorek, 19 kwietnia 2011

Andrew wrócił. Długi, wieczorny spacer, ciepło, cudownie.


Środa, 20 kwietnia 2011

Położna, Andriana Angeli przyszła dwie godziny wcześniej. Powiedziała, że mała jest na walizkach. Panika. Byliśmy na spacerze, którego sporą część zajęła zacięta (zacięta od samego rana) próba wejścia na dach. A dokładnie zdobycia klucza do drzwi prowadzących na dach. Zaczęliśmy od administratora budynku. Jest nim niejaki Herr Lepski. Herr Lepski urzęduje na samym dole, 23 piętra pod nami i wlaściwie jego zajęciem jest oddelegowywanie ludzi do innych administratorów. Tak więc w sprawie dachu odesłał nas do Frau Fust, a w aprawie parkingu do Frau Karras. Wszystko to twarde nazwiska. Za twardymi nazwiskami są twarde kobiety. Poszliśmy zatem, w ten gorący, kwietniowy poranek do WBM, czyli do Wohnung….. gdzie poinformowano nas, że istnieją aż dwie Frau Fust. Nasza Frau Fust okazała się być na spotkaniu. Dwie godziny później przyszliśmy znowu, ale tym razem na recepcji poinformowano nas, z oburzeniem, że czas na rozmowy minął, że był tylko do 12. Kafkowska sytuacja. Frau Fust, mimo wszystko, zgodziła się porozmawiać przez telefon. Andrew jąkął się i stękał po niemiecku próbując wytłumaczyć po co nam klucz na dach, ale Frau Fust to nie zmiękczyło. Wtedy zadzwoniła Andriana. Powlekłam się do domu, złamana odmową. Muszę chodzić już bardzo powoli, czuję, że jestem jedynie dodatkiem do brzucha, który rozwija się profilowo, cały kieruje się do przodu, wygina w wielką, nieco eliptyczną poduchę. Andriana ubrała rękawiczkę, kazala mi wsunąć pięści pod tyłek, żeby się nieco unieść. Widziałam lekkie zdziwienie na jej twarzy. Mam krótką szyjkę macicy, tak krótką, że podrapała Różę po głowie. Andriana powiedziała, że maluch jest bardzo mały, że nie ma za dużo miejsca, więc jest ściśnięta i że poród nie potrwa długo…. Według niej, nawet 1 maja. Zrobiło mi się gorąco. Nie jesteśmy do tego przygotowani…. Ani trochę. Sławka, kamerzysty nie ma. Zastępcy nie ma. Czasem mam skurcze, czasem leje się ze mnie woda. Nie mam rzeczy dla dzieciaka, nawet pieluszek…. Andrew ma jechać na pogrzeb matki. Czy zdąży wrócić? Wszystko jest absolutnie nieprzewidywalne. Porozmawiałam z Różą późnym wieczorem. Powiedziałam jej, że jak postanowi wybrać się na ten świat wcześniej, to ją wydziedziczę.


Środa, 21 kwietnia 2011

Budzę się tu o świcie, kiedy zaczynają jeździć tramwaje. Tramwaje i pociągi i S-Bahn to za dużo. Ale tym razem to nie one mnie zbudziły. Miałam kolejny sen. Wybrzeże morza. Złote światło, tuż przed zachodem słońca i migoczące w tym poźnopopołudniowym świetle fale. W wodzie, po pas zanurzeni żołnierze. W ciężkich wełnianych szynelach w kolorze feldgrau. A z nimi inni żołnierze, ustawienie z tym pierwszym rzędem w parach. Na jednego żołnierza jeden żołnierz. Z tym że ten drugi przystawiał temu pierwszemu do głowy pistolet. Stali, jedni oddaleni od drugich dokładnie na odległość wyciągnietej sztywno ręki z bronią. I ten pierwszy rząd, prawie wszyscy z tych mężczyzn patrzyli w prawo, za siebie. Wiedzieli, że za chwilę znikną w falach. Patrzyli w kierunku jakiegoś majaczącego na horyzoncie paska lądu. Było to miejsce z którego pochodzili. Miałam dziwne przekonanie, że wszyscy byłi Rosjanami. zarowno pluton egzekucyjny jak i ich ofiary. Wieczorem obserwowaliśmy przez dobre pół godziny brzuch, ktory żyje już zupełnie swoim życiem. Kiwa się, miota i tworzy czasem śnieszne nisze. A przedtem wybraliśmy się na poszukiwanie taśm super 8, nowych opon dla Berlingo, żeby Andrew dojechał na pogrzeb matki, filmów szerokiego formatu i wreszcie – drobiazgów dla Róży. Drobiazgów! To jest cały, gigantyczny przemysł, obrzydliwy wyzysk i nadpłata. czapeczka, 8 euro! Kawałek bawełny…. Wyszłam stamtąd na czworakach…..


Piątek, 22 kwietnia 2011

Pierwszy dzien zdjęć…. Poprosiłam Andrew żebyśmy wyszli na zewnętrzne schody, które prowadzą na dach. A że na dach nie możemy wyjść, więc zostaliśmy na tych schodach. Dobre i to. Rozebrałam się. Brzuch w roli głównej – Berlin w roli głównej. Ciepłe powietrze, szum miasta, łagodność, pociągi jeżdziły rzadziej, więc było mniej hałasu. Czułam jak skóra mi oddycha, jak brzuch napawa się tlenem. Napinałam mięśnie, Róża była zdziwiona, trochę protestowała. Masaż sutków, choć wiem od położnej, że to może wywołać skurcze. Więc delikatnie i ostrożnie. Super 8 i łażenie po klatce schodowej, krótki film o wyjściu na zwnętrzne schody. Jestem zauroczona prostotą tej sytuacji…. Wszystko, jak w jakimś tunelu zeszło się razem, to że my – tu – razem – że Róża – jest – a my z nią. Jak piszę te słowa, napina się cała, wysuwa ostrożnie, ale mocno nogę poza dozwolony obszar. Potem, aż do późna w nocy – skanowanie zdjęć. Andrew przywiózł mnóstwo rodzinnych albumów, chce oddać zdjęcia rodzeństwu, więc do zeskanowania było 491 zjęć plus jeden ogromny, stary album, w którym są zdjęcia ludzi, których nikt nie rozpoznaje. Te zdjęcia są jednak tak dobre, że szkoda się ich pozbywać na zawsze. Na przykład na jednym z nich, w sepii, jakś młoda kobieta wychodzi z dziury w ziemi – jej głowa wysuwa się z jamy. Dosłownie. A na drugim, całkiem podobnym, ta sama kobieta jest już prawe na zewnątrz.


Sobota, 23 kwietnia 2011

Obłęd wyjazdu. Andrew pojechał do Londynu. A ponieważ skanowałam aż do trzeciej, więc zmęczenie mnie dopadło straszliwe. Mrok i piasek. Spałam po południu. Krotki spacer po okolicy w celu znalezienia sklepu z papierem, nic z tego….Jest za to wiele super drogich butików. Po nic.


Niedziela, 24 kwietnia 2011

Lepiej, ale spalam do jedenastej. Andrew pakuje właśnie samochód w Londynie z łóżeczkiem dla Róży. Miałam dziś taką myśl po przebudzeniu, żeby włączyć w ten tekst opisy sytuacji przeszłych: sagę rodzinnych wypadków samochodowych, historię na jeziorze „To już koniec”, historię matki Andrew, która przestrzeliła przez przypadek podłogę strzelając do sroki. I tak zrobię. Mała sesja na balkonie w południe. Film czarno-biały, powtorzę o samo w kolorze…. Szybko, szybko, obawa przed sasiadami. Jakoś przedtem, kiedy był tu Andrew tej obawy nie było. Spacer… Niedobry, boli… leje sie ze mnie, jak tylko zacznę się ruszać, zatem odwrot w panice… Było już późne popołudnie. Czuję, jak zwykle boleśnie upływ czasu. Nie czasu w ogóle, ale tego czasu detalicznego, liczonego na ranne minuty i popołudniowe godziny. Stanęłam nago na krześle, otworzyłam wszystkie okna w środkowym pokoju. Przede mną – statyw z panoramiczną Holgą. Wężyk w pogotowiu. Słońce za mną, cały Berlin – za mną. Pali w plecy, stare, dobre, zmęczone, popołudniowe słońce. Ten moment, te siedem sekund, to słońce. W jakimś sensie język przeplata się z określeniami czasu. Inaczej brzmi siedem, seven i sieben. Siedem to jest właśnie 7, ale już sieben i seven jedynie je mianują. Benjamin. Szkice, aj, zaczyna się zawsze tam gdzie się kończy, zatem jestem w polu. Nieudolne to, dziecinne, żadne. Na granicy pretensjonalności. Język niespójny, raz zbyt efektowny, raz dyletancki. Skończyłam z czytając Różę Luksembourg i oglądając Tatlina. Łagodne załamanie pogody w nocy. Poniedziałek 25 kwietnia 2011 Szary poranek, i zamglone słońce już koło 11. Wstałam o szóstej, z wielkim trudem. Leżenie jest torturą. Każda próba zmiany pozycji powoduje ślizganie się potwora wewnątrz i ból, coś na granicy mdłości. Właściwie nie jest to ból, a protest tak skuteczny, że trzeba koniecznie wstać, bo nie można zmienić pozycji…. Zaczęłam czytać Guardiana. Przecieki Bradleya Manninga o Guantanamo. Niby wszystko wiemy, a nie wiemy nic. Spośród 779 zatrzymanych, Guantanamo wciąż trzyma 129. Obamie nie udalo się zamknąć Guantanamo. Wśród tych, którzy wciąż tam tkią są m.in. Ujgurzy, których nie da się odesłać dokądkolwiek, nawet do nich, w tym przypadku z obawy przed… torturami. Większość więźniów byla torturowana, niektórzy tak poważnie, że jak pisze Guardian nie da się już ich postawić przed żadnym legalnym sądem. Przypomina mi się jeden z ważniejszych artykułow w Cabinecie – w numerze poświęconym wyspom, o Guantanamo właśnie i jego dziwnym statusie prawnym. Guantanamo jest w posiadaniu US, ale nie obowiązuje tam amerykanska jurysdykcja, mówiąc inaczej, Amerykanie mogą tam wszystko. I to bezkarnie. Once again we find how much we now rely on whistleblowers in general – and WikiLeaks and (if he did what’s accused) Bradley Manning in particular – to learn the truth and see the evidence about what the world’s most powerful factions are actually doing. WikiLeaks is responsible for more newsworthy scoops over the last year than all media outlets combined: it’s not even a close call. And if Bradley Manning is the leaker, he has done more than any other human being in our lifetime to bring about transparency and shine a light on what military and government power is doing. Wczoraj mijałam sklep American Apparel, gdzieś tu w pobliżu. I myślałam o Guantanamo. Izrael przynajmniej ma znamię kraju przemocy, a Ameryka wciąż kojarzy się z białym letnim garniturem. Andrew napisał smsa, że jego matka została pogrzebana. Nie tyle pogrzebana, co rozsypana na falach. „…” Napiszę dziś do Artura o łożysku. To znaczy o projekcie, który narodził mi się w głowie dotyczącym mojego łożyska. …. Napisałam. Najpierw przeczytałam wszystko, co udało mi się znależć o rytualach łożyskowych. Łożysko kipie hormonami, i jest – rzecz jasna – pożywne. W większości kultur tradycyjnych po prostu się je zjada. W Czechach kobiety podawały swoim mężczyznom sproszkowane łożysko, żeby osłabić siłę ich plemników i nie zachodzić bez przerwy w ciążę. W stanie Atlanta jedna z pań sprzedaje własnoręcznie robione pastylki ze sproszkowanym łożyskiem w internecie. podobno bardzo pomagają w zbalansowniu nastroju podczas pierwszych, trudnych dni po porodzie, kiedy kobiety, odcięte od stałego dopływu hormonów zapadają na baby blues. Baby blues jest niebezpieczny, bo może przerodzić się w prawdziwą, kliniczną depresję. Boję się tego. Zawsze było mi trudno sprowokować własne ciało do względnej równowagi hormonalnej, do zachowania równej, ciągłej linii energii. Ale nie chcę zjadać łożyska. Myślę, że powinno wylądować, w idealnie przezroczystym kubiku lodu w kolekcji Reichstagu. Anonimowo. Jako jedyny w swoim rodzaju zestaw genów pchodzący z różnych krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Jako unikalny zespół komórek macierzystych. Jestem ciekawa treści odmowy, jaką wyśle w odpowiedzi Reichstag. Jeśli tak, to zakopiemy łożysko koło Reichstagu i posadzimy na nim jakieś drzewo.


Wtorek, 26 kwietnia 2011

Szaleńczy dzień. Okazało się, że doktor Beinder przesunął wizytę w Charite na 11.30. Andrew jechał z pogrzebu matki. Spał dwie godziny w samochodzie. Miał przyjechać na 1szą, kiedy to Beinder wyznaczył pierwotnie wizytę. Prosilam go, żeby się nie zabijal, żeby dal spokój. Nie dał. I zdążył. Był 11.36 w szpitalu, dokładnie wtedy, kiedy doktor dojrzał do obejrzenia mnie dokładnie. Był miękki, miły i bardzo łagodny. Natomiast siostra, która nas wcześniej przyjmowała, najwyraźniej odpowiedzialna za sprawy ubezpieczenia nie byla łagodna, za to była twardo matczyna i miala cudownie wschodnie maniery, Machała rękami nad moją europejską kartą ubezpieczenia krzycząc „nie, nie, nie”. Zdravka zmartwiała. Poczułam straszne zmęczenie. Andrew miał półprzyknięte ze męczenia oczy, odwodnioną skórę i widać było po nim, że właśni przejechał pół Europy. Doktor Beinder zapytał, czy chcemy obejrzeć sale porodową. Chcieliśmy. Akurat jakaś kobieta była w środku. Zgodziła się na odsunięcie drzwi. Więc delikatnie się odsunęly a my powstrzymaliśmy się od wybuchu śmiechu. Zobaczyliśmy w środku dwa słonie. Jeden słoń był jakąś niewiarygodnie wielką, zmaltretowaną, rodzącą kobietą, przykrytą po szyję wielką kołdrą, a drugi słoń był jej facetem, rozlewającym się na krześle obok. My pewnie też będziemy tak zmaltretowani jak oni…. Ale może uda się nie osiągnąć takiej skali. Doktor Thomas, sympatyczna, ryżawa blondynka pobrała ze mnie wymaz na bakterię, która nazywa się Streptococcus. Andrew wpatrywał się dokładnie w jej precyzyjne ruchy swoimi zmęczonymi oczami. Niedługo potem trzeba było pędzić do ginekologa po „Überweisung”, bardzo daleko, na drugi koniec miasta…. Rozpętała się wiosenna burza. potwornie rozbolala mnie głowa. Dojechaliśmy. Na koniec przez 20 minut, zasypiając, słuchaliśmy bicia serca Róży. Zasuwała równo, ale ruszała się w moim brzuchu tak bardzo, że od czasu do czasu udawało jej się uniknąć czujników…. Wynagrodziliśmy sobie stres lodami i czekoladą do picia w pobliskim, obrzydliwym domu handlowym. Nastąpiła jeszcze jedna, koszmarna noc. budzę się co dwie godziny, zbołała, zmęczona, wyschnięta…


Środa, 27 kwietnia 2011

Nic nie pamiętam.


Czwartek, 28 kwietnia 2011

Wiosna, wiosna. Wyszliśmy stosunkowo wcześnie kierując się w stronę prześwitu między gigantycznymi blokami oddzielającymi nas od Alexanderplatz. Liście na drzewach są jasnozielone, jak pewnie miejscami Róża:) Kolejne porażki z próbie zdobycia klucza do skrzynki na listy. Schlossmeister popatrzył na klucz, na nas i powiedział: Kluczy typu …..o numerze….. są tysiące. Poradził zdobycie właściwego klucza od hausmeistera Herr Lepskiego i przyniesienie go na wzór. Hausmeistera jednak nie było w budynku. Poszliśmy zatem do Frau Karras uzbrojeni w list z Kunstwerke stwierdzający, że jesteśmy na usługach Kunstwerke, które wynajęło bunkier od pana Klausa Biesenbacha i ze potrzebujemy miejsca parkingowego. Zanim zdążyliśmy go wręczyć usłyszeliśmy krotkie ale stanowcze Nein, dass is Mitte….. i było po sprawie. Złamani podwójną porażką wyszliśmy na Alexanderplatz zalany kwieniowym słońcem. Jest to jedna z najcieplejszych wiosen, jakie pamiętam. Niepokoi mnie moje własne uniesienie… Potem rozstaliśmy się, Andrew poszedł załatwiać pozwolenie na parkowanie, a ja poszlam do fryzjera, który, jak zwykle, ściął mnie troszeczkę za krótko. Potem Kunstwerke i spotkanie ze Zdravką, gorąca, dobra dyskusja: scenariusz filmu. Sprzątanie domu, pranie dziecinnych ubranek. Przyjazd Sławka – wieczorem, o 20:12, na Hauptbahnhof.


Piątek, 29 kwietnia 2011

Rano poprosiłam Sławka żeby sfilmował mnie pod prysznicem. Nie wstydzę się, nie mam problemu z nagością, czuję, że moje ciało nie do końca należy do mnie. Na granicy wstydu i dumy: czuję zażenowanie deformacją i jednocześnie jestem z niej dumna. Więc Sławek wziął się do filmowania właściwie natychmiast. Woda, szum, piana, ciepło, euforia. Właściwie tylko obrazek, oprócz tego, że musiała być w tym zawarta spora dawka przyjemności, celebracji ciała, ciąży, dotyk, ostrożność. Po południu pojechaliśmy na Stadion Olimpijski, żeby spradzić, czy w ogóle warto tam cokolwiek filmować. Ludzie zbierali się, szykował się mecz. Stadna energia od czasu do czasu wybuchała w okrzykach, emblematcah i gestach. Dotarliśmy na tyły stadionu. Były tam boksy dla koni, płoty, wybiegi, ścieżki. Przed nami przedefilowała konno śliczna blond dziewczynka na ślicznym koniu. Podeszliśmy do płotu, z którego widać było cała panoramę, na nieużywany fragment wielkiego olimpijskiego założenia. Trawa zarastała tarasowo zbudowane siedziska, w tle widać było potężną wieżę – Glockenturm. Skala stadionu najwyraźniej nie pozwala go utrzymać w dobrym stanie. Wpatrywalam się w trybuny, w wieżę, w płot. Porażka giganta. Kiedy zbieraliśmy sie z powrotem zauważyliśmy stare drzewo, a na nim – grzyb, a właściwie grzyby. Ogromne, rozrośnięte chuby, potwory grzybne, jeszcze miękkie, jeszcze rozrastające się, lepkie, pełne much i muszek. Ciekawe, że właśnie to pozostało przy życiu po latach. Grzyby. Podjechaliśmy dalej, do Glockenturm, kupiliśmy bilety i wjechalśmy na ostatnie piętro, oglądając przy okazji ogromny dzwon, który zawisł tam w 1936 roku. Z góry widać było cały Berlin, strasznie tam wiało, zmarliśmy na kość. Docierały do nas narastające fale dźwięków z głównego stadionu.


Sobota, 30 kwietnia 2011

Teufelsberg


Niedziela, 1 maja 2011

Wątpliwości co do Teufelsberg, balkon, rozmowa… Róża Luxembourg – kanał, Landwehrskanal, ukradziony ananas, Charite, cmentarz, a na nim nic takiego, Kreuzberg.


Poniedziałek, 2 maja 2011

Bezsenna noc. Byłam rano spuchnięta, a zarazem wysuszona na wiórek. Wstałam o 5.00 i poszlam do łazienki – długi, ciepły prysznic, ktory w ogóle mi nie pomógł. Potem wszystko potoczyło się szybko i pojechaliśmy do Charite. Doktor Thomas czekała na nas… Róża ma już 3 kg i 100 gramów. Niezły pakunek. Okazało się jednak, że wód płodowych (Fruchtwasser) jest trochę za mało, co z kolei nie pozwala monitorować małej tak jak trzeba. Doktor Thomas zaproponowała nastęone badanie w środę. Jeśli taki stan będzie się utrzymywał – trzeba będzie poród wywołać. I to już w tą środę. Zmartwiałam…. Popędziliśmy do Obi, a potem do sklepu dla hobbystów. Po południu zrobiliśmy odlew brzucha, co obróciło się w jedną wielką komedię. Zadzwonila Andriana, żeby ściągnąć nas z powrotem do szpitala – na ostateczne badania… Zatem pojechaliśmy do szpitala. Serce malej, podążając za moim, zdenerwowanym, zwalniało i przyspieszało. Od 116 uderzeń do 163, i więcej. Byłam przerażona. Oczy robiły mi się coraz większe.


Wtorek, 3 maja 2011

Dach. Wreszcie weszliśmy z Herr Lepskim na dach! Facet okazał się dyskretny, fajny, nieinwazyjny. Wdrapaliśmy się (ja z niemałym trudem) poprzez plątaninę schodow na ostatnim piętrze, drabinka zaprowadzila nas do niewielkiego otworu drzwiowego i wreszcie – euforia: cały Berlin. Jeszcze bardziej cały niż z okien na 23 piętrze. Zrzuciłam sukienkę i rajstopy. Był zimny wiatr, ale słońce paliło skórę. herr Lepski wreszcie chyba zrozumiał co planowaliśmy i po prostu usiadł po drugiej stronie dachu, odwrócony, ale bez pretensji. szycie pokrowca polowanie na super 8 Zdravka przyszła wieczorem, nieobecna, zamyślona, kochana jak zwykle….


Środa, 4 maja 2011

Plan był wprawdzie inny – chcialam razem z innymi kobietami w ciąży popływać w basenie. Podotykać się brzuchami, pocieszyć się. Okazało się jednak, że kobiety nie chciały pływać nago. Wstyd, brak formy, nie wiadomo co było przyczyną. Postanowilam więc popływać sama. Pojechaliśmy do Berlina wschodniego, na jedno z tych betonowych, klockowatych osiedli. Basen też był klockiem, jedynie nieco bardziej płaskim niż wszystko naokoło. Wsunęłam brzuch w wodę. Zanurkowałam. Była to rozkosz, grawitacja przestała obciążać. Mogłam przemieszczać się szybko, płynnie, bez bolesnego balastu. Nabierałam w usta powietrze i dawałam nura, jak najgłębiej. Sławek obok, z kamerką, która filmuje pod wodą. Zdałam sobie sprawę, że możemy sfilmować moje krocze, miejsce z którego zaraz wysunie się Róża. Poprosiłam, żeby płynął za mną i sfilmował ruchy nóg i pojawiający się między nogami wieki brzuch.. Potem szybko do Charite. Doktor Thomas: rzeczowa, miła, twarda. Poprosilam trochę drżącym głosem, żeby jednak nie zmuszali Róży do wczesnego porodu. Termin indukcji wyznaczony przez doktor Thomas był właśnie na dzisiaj. Wizja zastrzyku z oksytocyną w waginę wprowadzała mnie w lekką panikę. Wiele lat temu, kiedy studiowałam w Nowym Jorku, przeszłam przez początkowe stadium zrakowacenia tkanki macicy. Zrobili mi biopsję wbijając się tam wielką igłą, bez znieczulenia. Mialam krwotok. Przekonalam ją, żeby jeszcze trochę poczekać. Termin wyroku odsunął się w czasie. Anestezjolog, który objaśniał nam rodzaje środków znieczuleniowych opowiedział nam o swojej żonie, która poprosiła o wszelkie możliwe środki przeciwbólowe już przy pierwszych skurczach. A jest kobietą twardą, pielęgniarką. To musi być coś potwornego. Pękłam – w restauracji, której nazwy nie pamiętam. Podeszla do nas tajska kelnerka i zaczęła bardzo miłym, ciełym głosem tłumaczyć menu z niemieckiego na angielski. Z wysiłkiem, potykając się na słowach, ale monotonnie. Na tyle monotonnie, że najpierw poczułam senność. Nie chciałam jej przerywać, choć w trakcie dotarło do mnie, że to kompletny nonsens – Sławek jej nie słuchał, a my przecież poradzilibyśmy sobie po niemiecku. I nagle tepeportowało mnie. Wyrzuciło z wielką siłą na zewnątrz mnie samej, choć fizycznie nie ruszylam się o milimetr. Siedziałam na tym samym krzesle, przy tym samym stole. Popołudniowe światło sączyło się przez nitki bambusów na oknach. Bylam Różą. Nawet teraz, kiedy to piszę, a piszę w sobotę o 16.06, mam łzy w oczach. Był rok 2031. Miała 20 lat. Nie moglam jej zobaczyć, bo byłam w niej, w środku, mocno obecna, niema, bezsilna, ale obecna. Widziłam od środka zarys jej ramion, kosmyki niezbyt gęstych włosów spadających na ramiona. Ciemny blond. Była zmartwiona czymś, czekala na kogoś. Z całą siła człowieka, ktory walczy z depresją przeżywała to popołudnie, to nieszczęsne niemieckie popołudniowe światło, tą ulicę – Marienburgerstrasse. Była tu u siebie, choć nie mieszkała w Niemczech. Napięcie we mne rosło, więc kiedy kelnerka odeszła, powiedziałam o tym chłopakom. Sławek wyjął szybko kamerę. Andrew zaczął dopytywać o szczegóły. Nie bylam w stanie kontrolować twarzy. Łzy płynęły potokiem. Głos się trząsł. Kiedy mówiłam o tym, nie byłam w stanie określić gdzie się dokładnie znajdowałam, ale teraz wiem – że było to wenątrz niej. Dlaczego łzy? dlaczego tak bardzo mnie to przeraziło…. Nie było nas tam, ani Andrew, ani mnie. Nie wiem czy jeszcze żyliśmy. Zdałam sobie sprawę, że ten moment – tuż przed porodem Róży już nigdy nie wróci, że zycie się kończy, że w jakimś sensie zaraz się skończy. Wieczorem położyłam się na kanapie, goła. Projektowaliśmy slajdy z fotografiami Berlina na Różę. Uczyliśmy jej historii tego miejsca, najbardziej traumatycznych jego fragmentów. Po moich piersiach i po brzuchu przesuwały się zdjęcia więzienia Stasi, trumeberg Teufelsberg i lotniska Tempelhof. Wielkie przestrzenie, nieludzka architektura, splątane drzewa, niezakorzenione korzenie. Andrew poruszał projektorem, Róża ruszała brzuchem, ja oddychalam ciężko, bo było mi ciężko i niewygodnie na tej kanapie, która skladała się z luźnych poduszek, które się rozjeżdżały. Berlin płynął, ruszał się, wyginał po linii wypukłości brzucha, sutków, zagięć. Obraz wsiąkał w Różę, wpajał się w moje wody płodowe, które Niemcy nazywają Fruchtwasser . Płód jest wrażliwy na światło. Może jest też wrażliwy na obraz. Może podczas formowania paznokci Róża przejmie wraz z obrazami podskórnie, tkankowo, mięso tego miasta.


Czwartek, 5 maja 2011

Chcialam usiąść rano do kompa, ale wróciłam na palcach do łóżka. Po drodze już zdążyłam zmarznąć, więć przytuliłam się do Andrew, no i spróbowaliśmy Różę indukować za pomocą spermy…. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Narazie delikatnie ale stanowczo bije główką w dno macicy…. Jest bardzo nisko…. Ciężko mi, to jeden z tych naprawdę ciężarnych dni. Wieczorem wypełzliśmy z naszej betonowej nory na 23 piętrze i pojechaliśmy do szpitala na rutynowe badania, gdzie Palestyńska położna opowiedziała mi o tym, jak ciężko jej tu, w Niemczech, znaleźć partnera. Jest to jedna z moich ulubionych osób na oddziale. Ruszyliśmy na Teufelsberg. Teufelsberg to jedna z wielu trumebergs (góra gruzów) z czasów tuż-powojennych, gruzów 400 000 kamienic. W samym jej środku mieści się nigdy nie ukończona Wyższa Wojskowa Szkoła Techniczna, zaprojektowana przez Alberta Speera, architekta Hitlera. Nie dało się jej wysadzić w powietrze, więc zasypano ją gruzami. Drzewa na Teufelsberg nie rosną pionowo, bo nie mogą się prawidłowo zakorzenić wśród cegieł, kamieni i brył betonu. Na szczycie Teufelsberg mieszczą się pozostałości po alianckiej bazie wojskowej, opuszczonej po upadku muru berlińskiego. Wielkie radary przechwytywały fale radiowe nadawane po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. Najpierw pojechaliśmy do baru transwestytów nieopodal, na ryż i wołowinę oraz ciastko z warzyw. Potem na górę. Nie trwało to długo, ale tym razem obyło się bez watpliwości. Było to jedna z najmocniejszych godzin, jakie kiedykolwiek przeżyłam. Andrew wykopał coś w rodzaju organicznej dziury, w której ułożyłam sie wygodnie, z lekko podkurczonymi nogami, w pozycji, w której po pewnym czasie nie bylam w stanie się ruszyć. Andrew obciążył mnie kamieniami i ceglami, które walają się wszędzie. Potem ziemią, gałęźmi i liśćmi. Objęłam wielki brzuch rękami, zrobiłam z palców rodzaj kasku albo skrzynki, żeby Róży nie przywaliły kamienie ani nie zgniotły galęzie. W pewnym momencie poczulam pełną nieruchmość, ciężar był tak wielki, że nie byłam w stanie poruszyć żadną kończyną, Andrew przykrył mi twarz, trochę ziemi dostało mi się do nozdrzy i ust. Poczułam intensywny zapach ziemi, mchu, kory. Przyszedł lekki atak paniki, że się nie wydobędę, że nie wezmę następnego oddechu. Minął, bo pozwoliłam mu minąć. Zaczęłam zasypiać, czułam jak powoli robi mi się zimno w stopy. Zimno i lekkie, przyjemne zdrętwienie podeszło pod kolana i uda, przedramiona i ramiona, ale nie objęło dłoni, którymi obejmowalam brzuch. Jedynym elementem, ktory pozostał gorący i zacząl pulsować, był brzuch. Róża zaczęła się gwałtownie poruszać. Tak gwałtownie, że zaczęla mnie dobudzać. A potem nagle poczułam jak komar zanurza mi żądło w czoło i poruszylam głową. Wstalam z wielkim trudem. W zupełnej ciszy pozbieraliśmy wszystko i poszliśmy w stronę samochodu. Kiedy dotarliśmy do domu, wzięłam gorący prysznic. Róża dalej kotłowała się w środku.


Piątek, 6 maja 2011

Któregoś dnia Przemek zapytał, czy chciałabym żeby gdzieś, w trakcie robienia filmu, pojawiła się postać mojej matki. Powiedziałam – nie, boję się tego. Dreszcze przebiegły mi po plecach. I nagle się zjawiła. Postanowiliśmy sfilmować ubranka czekające na Różę od dawna na kanapie. Posortowane, wyprane, wypłukane dwa razy. Na kanapie pana Bisenbacha. Ułożone rowno w kupki – śpioszki ze śpioszkami, spodenki ze spodenkami, koszulki na koszulkach. Story zaciągnięte. Do oświetlenia stert ubranek użyliśmy projektora. Samo światło jednak nie wystarczyło. Instynktownie pomyślałam o filmie, o Basi. Nagle zaczęła wędrować przez ubranka. W mojej postaci – we mnie. Szła przez śpioszki, spodenki, skarpetki, zanurzała się w koszulkach… woda z rzeki w Świeciu płynęła przez kanapę na 23 piętrze przy Hackesher Markt. Poruszałam powoli projektorem, żeby zatrzymać ją przed wejsciem w stertę bialych śpioszków, ktre czyniły ją nieczytelną. Andrew jednak postanowił sfilmowac ją raz jeszcze, z nieruchomym obrazem z projektora, mamy więc dwie wersje – z ruchomym i nieruchomym obrazkem. Potem Andrew postanowił zrobić riga, czyli stelaż na Canona. Wysłonił część pokoju tuż przy lazience i zaczął hałasować narzędziami. Użył kawałka solidnego dębu, który pochodzi z blatu w kuchni w Londynie. Szlifował, ciął i przymierzał. n końcu zrobił szczelinę, żeby przeszła przez nią śruba mocowania. Brakuje jedynie przeciwwagi, żeby móc płynnie operować kamerą. Potem skończył swoją szafkę, która jest pierwszą próbą stworzenia mebla po trzęsieniu ziemi – ‚earthquake furniture’. Spędziliśmy cały dzien w cholernym napięciu. Czekamy, położna, szybka wizyta – czopki. Komedia – studenci z Poznania na wizji, plus położna, która wsadza mi rękę w tylek. Kingdom wieczorem. Róza wariuje.


Sobota, 7 maja 2011

Bezsenna noc, straszna. Ból? Nie wiem co takiego się stało tej nocy, ale cierpiałam strasznie. Napięcie, tępy, rozsadzający od środka ból połączony z ćmieniem mięśni w dole brzucha. Plus kopnięcia Róży. Wyglądam jak kupa nieszczęścia. Filmowanie, słowa. Nie ma Sławka…..:( Maseczka, farbowanie włosów. Telefon do Andriany, praca nad tekstem. Szpital. x Cmentarz Golgatha – Friedrichshain. Lisy i zające. Skurcze? napięcie, potworne po prostu.


Niedziela, 8 maja 2011

Rano – lody i szampan, dobra noc, cudowna noc! W niedzielę zbudziłam się zastanawiając się, czy ja ja w ogóle jeszcze jestem w ciąży. Lekkość, nieważkośc, świeżość. Pomasowałam brylę na dole, była tak, jak zawsze, uparcie gładka, okrągła i twarda. Babelsberg, rozczarowanie, sen drodze powrotnej. Kolano chore zamiast ucha.


Poniedzialek, 9 maja 2011

12.00 Charite O 12:00 mieliśmy umówioną wizytę w Charite. Badanie serca Róży – CTG, czyli wykres skurcze, serce Róży Olympic Stadium Cafe. Malowanie po brzuchu. Piwko.


Wtorek, 10 maja 2011

Po południu, a było grąco, pojechaliśmy nad Teufelsee, które pamiętam – martwe, zamarznięte – zimą. Zamiast jeziora z legendy zobaczyliśmy wielki gejowski piknik. Prawie wszyscy opalali się nago. Obwisłe członki, zmęczona skóra. Czar z czasów zimy prysł. Nic nie pozostało z martwoty, woda nie była czarna. Woda była czysta, ludzie się taplali, pływali, charkali i sex wisiał w powietrzu. Wymordowane plemię Wendów z legendy ze swoim kultem diabła najwyraźniej nie zostawiło śladu. Według wyszperanych przeze mnie w archiwum tekstów Słowianie odprawiali tu nocami swoje wciąż pogańskie obrzędy. Diabeł wykorzystał ciemności i podmienił wizerunek idola na swój obraz. Niczego nie zauważyli. Biskup Brandenburgii wyciął ich w pień po krótkim sądzie nad heretykami i kazał miejsce egzorcyzmować. Misję zlecono włoskiemu mnichowi, który zgromadził ludzi i uzbrojony w wodę święconą udał się w przeklęte miejsce. Niebo się zasnuło, lunęło, rozpętała się burza. Kiedy mamrotał modlitwy zaczęły bić pioruny. Był wczesny ranek, ale zrobiło się całkowicie ciemno. Mnich zaczął krzyczeć. Kiedy zbliżył się do kręgu, w którym mieścił się wizerunek, rozległy się przedziwne głosy, tak że wszyscy padli na kolana. A kiedy postawił stopę w samym diabelskim kręgu, ziemia się rostąpiła wokół wizerunku i go pochłonęła. Ze szczeliny zaczęła wypływać czarna woda, dolina zamieniła się w jezioro. Miejsce podobno zachowało jednak moc – jeśli ktoś wezwie diabła o północy wykrzykując jego imię trzy razy, ten zjawi się. Z trudem dowlekliśmy sprzęt na miejsce. Plan był taki, żeby odtworzyć idola. Czyli to, co udało się wyegzorcyzmować biskupowi Brandenburgii miało zostać przywrócone do życia. Znaleźliśmy bardzo bagienny odcinek Teufesee, które samo w sobie jest niewielkie, obeszliśmy je prawie dookoła. Byłam przeziębiona, oddychałam z trudem, komary nas gryzły. Z futra wyrzeźbiliśmy pomarszczoną, starczą głowę z oczami ze złotego, popękanego materiału a usta ze zgniecionej nakrywki po lassi o smaku mango. Zrobiliśmy mu wielki, czerwony członek z czerwonego streczu i długi zielony ogon. Miał wiele nóg z patyków i dwa piuropósze pod sobą – z ananasów. Był gotowy. Byłam zmęczona i czułam niedosyt. Oddaliłam się po cichu o parenaście metrów, rozebrałam się, chciałam to zrobić sama – zanurzyć się w bagno na golasa. W sumie nie bardzo wiedziałam czemu, robiło się już trochę chłodniej. Pewnie chciałam poczuć brzuchem wszystkich wymordowanych Wendów. Berlin położony jest na bagnach. Jest coś takiego w tym mieście, co każe mi tutaj nurkować, zanurzać się w szlam, obserwować miasto spod wody. Linie sie zakrzywiają, obraz zniekształca, zamazuje. I wtedy myślę, że migawkowo udaje się uchwycić Berlin w jego prawdziwym obrazie, którego nie są w stanie wyrysować czyste linie wyniosłej architektury. Taki błotnisty Berlin jest mi dużo bliższy. Wzięłam podwodną kamerkę ze sobą. Ciężko było wejść w bagno, w wodzie zanurzone były połamane konary, gałęzie, całe drzewa. Dno raz zapadało się pode mną, a raz było niespodziewanie twarde. Przedzierałam się przez nawarstwione latami sterty opadłych liści, szlam i kamienie. Lewitowałam w pozycji embrionalnej a czasem wzniecałam stopami lokalne eksplozje błota i miliony organicznych drobinek tańczyło wokół brzucha. Poczułam, że jestem w samym centrum obrazu. Że tak właśnie trzeba. Środa,


11 maja 2011

Znów brak snu. Podniecenie obrazem spod wody. Przecież to było moje ciało, a wydawało się takie obce…. Nie było już moje, należało w jakimś sensie do wody, do błota, do tych martwych utopionych liści, gałęzi i drobinek błota wirujących w wodzie. Te obrazy wracały z każdym moim poruszeniem i przewrotem na poduszkach. Wstaliśmy o szóstej. Jasny, słoneczny poranek, my w samochód i na zachód Berlina – raz jeszcze. Czułam, że jeszcze czegoś mi brakuje znad Teufelsee, że chcę zobaczyć idola w innym świetle, o innej porze dnia. Ze chcę bez gejów i bez wstydu przed innymi golasami pozanurzać się w wodzie. Nasza rzeźba-idol stała na swoim miejscu nienaruszona. Światło jednak było rozproszone, nijakie, bez wyrazu. Mocne poranne słońce skryło się za mgłą. Komary za to były tak samo agresywne jak wczoraj. Wcinały się boleśnie w skórę, jednego udało mi się podtopić, jak weszlam do wody. Zrobiliśmy parę zdjęć. Zaczęlam filmować bagienną wodę z rojowiskami komarów i nagle usłyszeliśmy soczystą niemczyznę z tytłu. Nie dowróciłam się, bo jakoś pasował mi ten niemiecki do bagien. Skończyłam ujęcie i zrozumiałam, że to Naturchutzgebiet „Polizei” wygania nas stamąd. Przeszkadzaliśmy ptakom i innym stworzeniom obszaru chronionego. Trzeba było się więc wynosić. Panowie nas obserwowali, więc wsadziłam tylko gołe nogi w wodę, a nie całe ciało. Kamerkę też. Miejsce zresztą nie było takie złe. Zarośla podwodne, korzenie, szlam. Szłam sobie po prostu, wzniecając tumany podwodnego błotnego kurzu, drobne wulkaniczne, spowolnione eksplozje. Szłam tak po Berlińskim dnie jeziora, stopa, za stopą. Były tam ryby, szalało życie. Wróciliśmy do domu na prysznic i szybkie śniadanie. Przyszedł Sławek, pojechaliśmy do archiwum, próbując przebić się przez poranny, paraliżujący korek. W archiwum znów była ta miła kobieta, co w lutym. W sali, która była dużo bardziej fotogeniczna niż poprzednia, na wielkim stole, na miękkiej piance wylądowały dwa albumy, o które prosiłam. Mutterschaf – martwa, albo śpiąca owca z wyciągniętym przed siebie pyskiem. Duchy brzóz, dziwne, piękne zdjęcie przedziwnie pozrastanych, zawsze podwójnych brzóz i jeszcze parę zdjęci z łabędziami. Nic takiego. Zrobiły na mnie mniejsze wrażenie, niż poprzednio. Za to album z Olimpiady z 1936 roku zrobił większe. Szczególnie po obejrzeniu poprzedniego wieczora filmu Leni Riefenstahl: The Final Diving Sequence. Potem jeszcze ruszyliśmy na Stadion Olimpijski, bo byla to ostatnia szansa na wizytę bez amatorów kąpieli. Oficjalne otarcie sezonu nastąpi w sobotę. Może Róża będzie jeszcze w środku…. Poszliśmy do Biura Prasowego. Nastąpiło to co zawsze następuje w Berlinie, kiedy chce się iść oficjalną drogą pozwoleń i dokumentów z pieczątką. Po pewnym czasie rosły, szerokoramienny blondyn z biura prasowego oswiadczyl z równie szerokim uśmiechem, że Stadion Olimpijski i Basen Olimpijski nie mają ze sobą nic wspólnego. I że musimy zatelefonować do pana o nazwisku Sell. Pod wskazany numer. Poprosiłam o to Zdravkę. Bo co innego mieć przed sobą żywego człowieka, który widzi, że mój niemiecki kuleje i widzi moje zakłopotanie a co innego dukać złą niemczyzną przez telefon. Ale pan Sell był przez całe kwadranse nieosiągalny, Zdravkę odsylano pod inne wewnętrzne, równie nieosiągalne numery, numery zajete lub nieistniejące. Siedzieliśmy na lawce na Olympischer Platz, piliśmy bardzo niedobrą kawę i jedliśmy tanie lody. Czas mijał. Słońce potwornie prażyło. Wreszcie Zdravka przebiła sie przez kordon niemożliwości tylko po to, żeby usłyszeć twarde „nie” dyktowane względami bezpieczeństwa….


Czwartek, 12 maja 2011

Wreszcie przespana noc. Zbudziłam się o piątej i zgodnie z zaleceniem Andriany pokochaliśmy się. Jestem tak zdestabilizowana hormonalnie, tak miękka i rozpulchniona, że równie dobrze mogłabym odbywać stosunek płciowy przez łokieć. Zasnęłam z powrotem. Rano wzięłam kamerkę GoPro pod prysznic, Zrobiłam podróż po ciele, przede wszystkim po wielkim brzuchu, po liniach demarkacyjnych na środku, po nadętaych brodawkach, po szczelinie między nogami. Woda obmywala i mnie, i obiektyw. Poprosiłam Andrew o powtórzenie – w kolorze – sceny z korytarza. Idę, odwrócona plecami, aż do końca korytarza, znikam za rogiem, potem znikam na balkonie. I wreszcie ósemka mnie widzi, z profilu, z brzuchem, z panoramą Berlina. Andriana przyszla o 11. Zbadała mnie. Bolało jak cholera. Weszła w szyjkę macicy nie bez trudu. Szyjka jest wciąż dość długa. Za długa. Oddzieliła tkanki pęcherza płodowego i macicy. Bolało tym razem poważnie. Czyli Róża buja się teraz oddzielnie w nieco napuchniętym pęcherzu. Pół godziny później zaczęło boleć jeszcze bardziej, co 5 minut następował skurcz. Ale to jedynie rozgrzewka. Również pod względem bólu. Pojechaliśmy do Charite. Kiedy leżałam na kozetce podczas CTG, zalało mnie ciężkie senne zmęczenie po tych wszystkich oddzieleniach, naduszeniach i czopkach. Poczułam jak komórki w ciele wypełniają się ćmiącym, ale dającym się wytrzymać bólem, jak się to wszystko nadyma i jak mnie usypia. Poczułam, że się oddalam, oddzielam, wsiąkam w to ćmienie. W domu odzyskałam siły, ale jedynie na godzinę. Porządków przedróżanych ciąg dalszy. Potem padłam na łóżko i zasnęłam jak kamień. Siedzę w łóżku i piszę, Bóle minęły, przeszła ulewa i slońce zagląda przez zadeszczone, zakroplone szyby. Wielka pomarańczowa kulka wisi nad najwyższym kominem Berlina. Piszę i myślę o odmowie szefa prasowego więzienia Stasi. Kula powoli zapada się pomiędzy szczelinę pomiędzy chmurami. Kiedy rano czekaliśmy na pierwsze bóle i Andriana byla tu z nami, na 23 piętrze, zadzwoniła Zdravka opowiadając o kłopotach związanych ze zdobyciem pozwolenia z więzienia w Hohenchonhausen. Chciałam zabrać Różę tuż po urodzeniu do jednej z tych cel, w których przetrzymywano więźniów politycznych i spędzić tam noc. Prosiła, żebym zadzwonila tam sama i opowiedziała szefowi biura prasowego o moich zamiarach. Zadzwoniłam. Facet nazywa się Herr Kockisch. Nazwisko, którego nie da się zapomnieć. Jestem pewna, że w lutym, kiedy snułam się po wszystkich tych straumatyzowanych berlinskich miejscach, to właśnie on był wyznaczonym do kontaktu ze mną przedstawicielem więzienia. Nie jestem pewna, czy spotkałam się z nim, ale to on wydawał decyzję dotyczącą robienia zdjęć. Tym razem Herr Kockisch powiedział stanowczo „nie”. Wyjaśniłam mu, tak dobrze jak umiałam, przyczyny, dla której chcę spędzić noc z nowonarodzonym dzieckiem w jednej z cel. Odpowiedział, że to moja prywatna sprawa, a właściwie prywatna sprawa Róży. A przede wszystkim, że nie ma to nic wspólnego z więzieniem. Odpowiedziałam mu, że sens tego gestu jest właśnie oparty na różnicy. Ze wybór miejsca czyni tą sytuację publicznym oświadczeniem. Nie dał się przekonać. W twardy, ale nieznośnie grzeczny sposób odpowiedział „nie”. Wspomniał, że wolałby pozostawić tę pamięć nietkniętą. Ze mówi w imieniu ludzi, którzy byli tam więzieni latami i tam cierpeili. Nie sądzę, żeby tak myśleli. Jak to zatem jest z tą pamięcią tutaj, ze szczególnie bolesną pamięcią? Lepiej jej nie dotykać…. Tworzenie muzeów i instytucjonalizcja pamięci nie są bezkarne. Czy to jest muzeum motocykli, DDR-u czy Stasi, wszystkie mają ten sam sznyt, ten sam, szary, sztywny, beznamiętny kostium. Nie jest trudno tam wejść, wystarczy kupić bilet. No chyba, że się chce zrobić zdjęcia – i to zależy do czego…. na prywatny użytek trzeba mieć pozwolenie, pochylić czoła przed biurokratami, na użytek filmu/innej instytucji/biennale – już trzeba płacić. Nie można pamięci dotykać, badać jej inaczej niż narzędziami instytucjonalnymi. Nie wiadomo co robić. To druga odmowa, dzień po dniu. Widzę, jak Berlin odwraca się ode mnie, jak pokazuje mi swoją gładką powierzcnię, która jest dla mnie nieznośna, nie ma szczelin, ani porów, przez które można byłoby się prześlizgnąć i rozsadzić pamięć od środka. Właściwie to boli bardziej niż sama Róża.


Piątek, 13 maja 2011

Myśleliśmy, że bestia urodzi się w piątek trzynastego, ale tak się nie stało. Sfilmowaliśmy rano wnętrze zjedzonego grejpfruta. Grejprut został rozkrojony na pół, a potem cząstka po cząstce wykrojony, albo wyciągnięty łyżeczką. Trochę zostało miąższu, szczególnie po środku – błonki, zwichrowane żyłki, czerwony miąższ. Zaczęliśmy sobie wyobrażać tak właśnie będzie wyglądać środek mojego brzucha po porodzie. Pióropusze różnych dziwnych śluzowatych pozostałości. Czekając na Różę pojechaliśmy na Tempelhof. Wędrowaliśmy wokół gigantycznego założenia z lat 30, nic tam nie było takiego, żeby zahaczyć na tym Różę, która byla tego dnia cicha i spokojna. Wspięłam się na wysoki płot, żeby coś zobaczyć, tylko tyle. Koło mnie przeszedł strażnik. Zjedliśmy wielkie burrito za 4.90 w Dolores na Rosa Luxembourg Strasse i pojechaliśmy do domu. Po drodze Sławek zwrócił uwagę na to, jak ludzie uśmiechają się na widok mojego brzucha. Uśmiechają… śmieją się! Jedni ze zdiwieniem, inni z zazdrością (stare raszple) i jeszcze inni, wzięci z zaskoczenia zastanawiają się pewnie jak będzie możliwe wypchnięcie malucha z takiego wzdętego balona. Wróciliśmy do domu. Chciałam usiąść do komiksu, ale muszę najpierw ustalić jego scenariusz. Zaczęłam więc czytać ten tekst od początku próbując wylowić rzeczy ważne i warte narysowania. Doszłam do snów. Obejrzałam materiały zrzucone na twardy dysk, w których się zupełnie zatopiłam. Zaczęłam szyć po grubych kartkach papieru, ale maszyna się zbuntowałam, papier okazał się zbyt gruby. Wyjęłam więc nitkę i zrobiłam jedynie serie perforacji. Na to przyszła nitka szyta ręcznie.Przekłuwając kartkę i przyszywając litery ROSA w gotyku, czuję jak zmuszam ją do przylgnięcia do Berlina, do zrostu z miastem, bolesnego zrostu. Za długo siedzieliśmy w nocy. O drugiej przypomniałam sobie w panice, że muszę wziąć olej rycynowy. Andrew był w łazience, wzięłam trzy lyżki popijając sokiem pomarańczowym. O mało od razu nie zwymiotowałam. Powstrzymując skurcze przełyku i żołądka, zamknęłam oczy. Róża zaczęla się gwałtownie poruszać, rzucała sie na boki, musiałam się trzymać za brzuch. Noc pomiędzy łazienką a bezsennym łóżkiem. Odwodnienie, roller caster.


Sobota, 14 maja 2011

Nigdy więcej oleju rycynowego. Rano zbudziłam się po godzinie snu i czułam się dokładnie tak jak rozkrojony grejpfrut, choć przed porodem. Andrew też się obudził i zaczął po prostu głaskać zmęczony brzuch, który przez noc zdążył się jakoś tak zapaść i zmaleć w nadzwyczajny sposób. Poczułam ulgę, rozprężyłam się. Głaskał delikatnie i poklepywał Różę po tyłku, po główce, po piętach. Mała się uspokoiła. Zmęczona potwornie, półprzysypiałam. Po jakiejś godzinie zaczęliśmy się bardzo delikatnie kochać. Potem zasnęłam, pełna spermy, rozprężona. Obudziłam się w południe. Pojechaliśmy do szpitala. Kolejne badanie, Róża szalała. Ja też – zarys zapisu jest chyba najbardziej gwałtowny ze wszystkich, jakie udało nam się zrobić. Zmęczeni czekaniem jesteśmy nie tylko my. Także personel, Andriana, Sławek. Wszyscy jesteśmy w stanie energetycznego kryzysu, osiągnęliśmy stan pełnego wysycenia czekaniem i napięciem nie wydarzania się….. Decyzja jest taka, zeby się więcej nie napinać, dać małej spokój i już. Po południu poszliśmy do Hamburger Bahnhof. Zaczęło mnie ogarniać jeszcze większe zmęczenie i rozbolało gardło. Może to złe fluidy kolekcji Flicka, kupionej za kapitał zbity na niewolniczej pracy więźniów, a może zwyczajny kryzys systemu odpornościowego. Czulam jak ogrania mnie senność i gorączka. Pamiętam jak przez mgłę zupełnie nadzwyczajne akcje i rysunki Beuysa. Rozpadał się deszcz, zrobiło się zimno. Wskoczylismy w taksówkę i wróciliśmy do domu. Nie spałam kolejną noc, zwijałam się w rosnącej gorączce, zastanawiałam się czy maluch się nie ugotuje w środku. Miałam skurcze, ale nieregularne. Za to mocne. W końcu zasnęłam nad ranem.


Niedziela, 15 maja 2011

Znów odsypiałam za dnia. Może Róża ne lubi koloru czarnego, wobec tego wbiłam się w bardzo starą pomarańczową sukienkę i założyłam pomarańczową chustkę na głowę. Poszliśmy do Altes Museum. Ledwie szłam. Wylatywał ze mnie śluz, miałam – lżejsze już – skurcze, brzuch mnie rozsadzał. Wieczorem wzięłam długą kąpiel i napiłam się wina.


Poniedziałek, 16 maja 2011

Dziś imieniny taty. Za oknem szarość, chłodno, nijako. Boli mnie głowa i nie mam na nic energii. Katar gigant. Sławek się wprowadza z powrotem w południe. Postanowiliśmy zahipnotyzować Różę. Albo mnie. Kończę pisać o 9.03 wieczorem. Piekę ciasto z rabarbarem z napisem Róża. Słuchamy muzyki dada, czuję każdą komórką nasze „teraz”. To „teraz” jest tak mocne, tak dojmujące i tak nierealnie wysycone, że czuję coś w rodzaju lęku. Jak wtedy na Marienburger Strasse. Nie damy rady powtórzyć tego momentu w żaden sposób. Jedynie katar nie pozwala mi poczuć zapachu kruchego ciasta piekącego się w piekarniku. Sławek się wprowadził w południe. Jakoś tak niezauwazalnie jakby się nigdy nie wyprowadzał. Zebraliśmy się wbrew wszystkim znakom na niebie i ziemi pojechaliśmy na Stadion Olimpijski po raz kolejny. Bylo zimno, zaczął padać deszcz, był straszny korek a na dodatek rano Andrew stłukł rano słoik ze świeżym jogurtem. Trzeba bylo go wyrzucić. Zbyt późno pojechaliśmy na Basen Olimpijski na Stadionie. Robiło się już szaro. Kupiliśmy bilety. Jeden z ratowników miał tak prostokątną i długą szczękę, jakby był wycięty żywcem z amerykańskiego komiksu o twardzielach z Południa. Trzęsłam się z zimna, kiedy wreszcie udało mi się wspiąć na wysoką platformę, z której skakali pływacy podczas Igrzysk Olimpijskich w 1936 roku. To właśnie tu Leni Riefenstahl sfilmowała The Final Diving Sequence. Ciała wirują w powietrzu, mięśnie się napinają. W tle – oszałamiająca architektura stadionu. Deska do skakania była umieszczona na wysokości około 20 metrów wysokości.. Wiało strasznie, spychało mnie w kierunku wody. Miałam gęsią skórę, czułam jak nogi robią mi się niebieskie i piekielnie się bałam, że w końcu zepchnie mnie w wodę i rozbiję sobie brzuch. Rozłożyłam ręce, daleko, po prostej prostopadlej do pionu ciała. Cała się wyprężyłam. Zaciskałam zęby i mocno czułam swoje wybrzuszenie. Wycofałam się tyłem. Woda na dole, kiedy już w końcu udało mi się zejść z tej piekielnej skoczni okazała się ciepła, cudownie ciepła. Musieliśmy pędzić do szpitala, ale jutro tu wrócimy popływać. Chyba że Róża podejmie jakieś decyzje. Coś bylo takiego na tym stadionie, coś niezwykłego. Wszyscy daliśmy się temu ponieść. Może fakt, że był w niszy, że byliśmy otoczeni masą betonu, w formie basenu, skoczni, schodów, filarów, monumentalnych schodów, łuków i podpór dźwigających następne odcinki stropów, łuków i filarów. Przenoszenie sił. Poczucie mocy w tym prawie zupełnie opustoszałym miejscu wciąż działało. Gdyby tylko było cieplej….. Na dole, w lekko żółtawej szarości betonu majaczyły się błękity – jeden, ciemnoniebieski basen dla skoczków i jasnoniebieski dla pływaków nieco dalej. Te płynne, drgające błękity były przepiękne. W szpitalu Andriana zrobila mi CTG, jak zwykle. Jeszcze mniej skurczy niż poprzednio. Maluch ma sie znakomicie, rusza się i rozrabia w środku. Ja też mam się znakomicie, dziś – zadnych bóli, zadnych skurczów. Potem badanie. Andriana ze swoja drobną, mocną, umięśnioną ręką. Bolało jak za pierwszym razem. Jęknęłam. Ona na to – ” nie obchodzi mnie”…. auuuu wrzeszczałam – „chodzi mi o to, żeby cię bolało”. Zaimponowała mi. Twarda sztuka. Upiekłam w końcu tartę z rabarbarem. Z napisem „Róża”. Napis znalazł się na dnie ciasta. Myślałam, że się odklei od spodu, ale nie chciał. Więc zaczęłam ładować na to rabarbar, który wyglądał tak, jak różowe mięso macicy, umięśnionej i łykowatej, albo jak śluz, który czasem ze mnie wylatuje, najczęściej po bolesnych interwencjach Andriany, pomieszany z krwią, w dużych kawałach. Dotykałam liter RÓŻA, Ó A Ż R, R Ż A Ó, próbując uchronić je przed zalewem rabarbaru, ale on był większy, cięższy i szybszy niż moje palce. Przemieniło się to w walkę Róży z rabarbarem, z moim własnym macicznym mięsem…. jakiś dziwny rabarbarowy horror. Sławek powiedział po tym wszystkim, że wcale się nie dziwi teraz, że dziecko nie może się urodzić. Jesteśmy już 4 dni po terminie. Energia tego wieczoru udzielała się nam wzajemnie. Andrew zaczął robić zdjęcia w abstrakcyjnym, ciemnym tle. Po szeregu eksperymentów ze światłem, na zjdjęciach widać tylko moją wzdętą pomarańczową sukienkę, ze śmiesznym otworem po boku, a na koncu zabawiliśmy się w egzorcyzmowanie Róży. Ja na wyspie kuchennej – leżę. Pode mną deska, żeby płyta kuchenna nie pękła pod ciężarem. Na głowie aksamitny kaptur, aż po piersi. Majtki czarne. Nogi gołe. Andrew stoi jak kapłan i mamrocze do Róży (bo to ona jest hipnotyzowana, nie ja), a ja się gotuję leżąc, bo aksamit na twarzy nie daje oddychać. W pewnym momencie Andrew zaczyna odliczać do tyłu, po niemiecku – fünf, vier, drei, zwei, null, krzyczę – you missed eins, ale się okazało, że przez aksamit nie dosłyszałam. Andrew, jeszcze szczelniej przykrył mnie czarną szmatką. Tak czy inaczej czar prysł. Zaczęłam się śmiać i poprosiłam, żebym mnie, grubasa, wyniósł z kuchni. Chrząknął, napiął się i wyniósł z ogromnym trudem.


Wtorek, 17 maja 2011

Znów noc bezsenna i na dodatek dzień szary, ciężki, niskociśnieniowy. Zimny i obojętny. Dlugo nie mogliśmy sie wygrzebać z łóżka. Ja odsypiałam po nocnych marach koszmarach, a Andrew uległ słabości przedpołudniowej drzemki, czego sobie do końca dnia nie wybaczył. W końcu jednak pojechaliśmy na basen olimpijski. Znów kupiliśmy bilety, ale tym razem rozebraliśmy się tak, jak trzeba i weszliśmy do głębszego basenu, tego z ciemnobłękitną wodą. Zanurzenie, w moim wypadku, było trudne. Woda okazała się zimna, a nawet bardzo zimna. Trzymając się deski do skakania od spodu, co wyglądało naprawdę żałośnie, wreszcie się zanurzyłam. Szczękając zębami, zaczęliśmy szybko pływac w różnych kierunkach. Potem cichcem zdjęłam kostium i zaczęliśmy filmować brzuch pływający, po cichu, żeby ratownicy z kwadratowymi szczękami nie zorientowali się co robimy. Kiedy przechodzili, kuliłam się za Andrew, choć trudno było się schować z moim ogromnym brzuchem…


Środa, 18 maja 2011

Obudziłam się całkiem rano, z pewnością, która musiała się wykluć podczas snu. Ta pewność dotyczyła obrazu diabła, którego zrekonstruowaliśmy nad Teufelsee. A dokładnie lęku, że nie tędy droga, że diabeł, mimo wszystko nie powinien pozostawać na brzegu, w świetle, że powinien zostać utopiony. Że, krótko mówiąc, powinien znaleźć się w wodzie, dokładnie 12 metrów od brzegu. Stanęliśmy na balkonie. Z Berlinem w tle, jak zwykle. Krótko opisałam Andrew moją pewność-niepewność. Bo niepewność z kolei dotyczy tego, że może nie wszystko jest jednak zrobione, nie wszystko się wypełniło i może dlatego Róża nie jest jeszcze na zewnątrz. Pojechaliśmy nad Teufelsee. Diabeł wciąż tam był. Tyle, że leżał. I wyglądał dużo lepiej na leżąco. Zdążył się zmiękczyć, zszarzeć i pokryć drobinkami błota. Wtopił się w tło. Podniosłam go. Przeniosłam nad brzeg, przy którym zanurzyłam się poprzednio. Rozebrana, zaczęłam się zanurzać w dość zimnej wodzie, taszcząc rzeźbę. Rękami i stopami zaczęłam go zatapiać walcząc z wypierającą mnie ku górze wodą, zimnem i bezwładem wody. Z wirującymi liścmi, drobinkami organicznej materii, która nie pozwalała mi widzieć jego głowy i tułowia. Nawet czerwony, ogromny członek po pewnym czasie stał się prawie niewidoczy. Czułam się jak jakś grubawa bogini w walce ze smokiem. Ze złem, a dokładnie z niekontrolowanym, naturalnym, bezwzględnym prawem ślepej natury. Dobrze było się wyżyć za chorobę matki i przymus umierania. Długo to trwało, niełatwo było zatopić diabła. W końcu pojechaliśmy do domu, ale po drodze nie omieszkaliśmy wstąpić do transwestytów na kawę sernik (dla mnie – z mandarynkami). Był akurat jeden z nich (transwestyta), piękny jak młody Bóg. Zrobila się nagle 5.30. Popędziliśmy do Charite. Andriana czekala na nas. Jak zwykle zrobili mi CTG, potem młody lekarz zeskanował brzuch, a potem Andriana dołożyła swoją zwykła porcję – badanie bezpośrednie – czyli ból. Podczas skanu lekarz zapytał, czy mam jakieś życzenia, powiedzialam że tak, żę chcę zobaczyć stopy dziecka. Udałomu się wyczuć sensorem jedną z nich, druga, jak stwierdził, jest ukryta za żebrami. Policzyłam paluszki na widcznej stopie – 5. Ulga.


Czwartek, 19 maja 2011

Mimo wszystkich odmów, jakie nas spotkały (Zdravka mediowała w tej sprawie) ze strony Muzeum Patologii w Charite, postanowiliśmy sfilmować tam sytuację opowiadania o dwóch snach, jakie mi się przydarzyły. Poszliśmy do Muzeum. Ja wyposażona w Zooma w dość opiętych na brzuchu rajstopach, i mikrofon, który Andrew wygrzebał gdzieś w swoich przepastnych zbiorach. Znaleźliśmy preparaty, które wyglądały, jak te ze snów. Były w dziale patologii płodów. Blokada psychiczna jaka powstala w mojej głowie skuteczniala odzielała mnie od zawartości gablot. A tam kłębiło się nieszczęście pomyłek natury. Obiekty, które chciałam sfilmować wyglądały dość niewinnie. Biały kawałek jakiejś organicznej materii, zapewne nierozwinięty-zwinięty zarodek ludzki i jakiś podługowaty kształt obrośnięty tłuszczem i skórą. Były w ostatnim rzędzie gablot, na samym dole. Przykucnęłam. Wyszeptalam sen, byłam dość zdenerwowana. Sławek sfilmował mnie: profil i preparaty w tle za pomocą GoPro. Pod koniec mojej krótkiej spowiedzi podniosłam się i wtedy Zoom wypadł mi z rajstop i uderzył o podłogę. Sławek sprawdził czy dźwięk się nagrał. Nie nagrał się. Podeszła kustoszka. Powiedziałam, że Zoom nagrywa dźwięk, nie obraz (w muzeum nie wolno nawet robić zdjęć). Odesza nieprzekonana. Nagraliśmy to samo jeszcze raz. Powędrowaliśmy dalej przez działy Muzeum. Nagle pojawila się ta sama kustoszka. Podeszla też inna kustoszka. Panie zaczęły nalegać na przyznanie się do winy. Co uczyniłam bez najmniejszego wstydu. Wywołało to najwyraźniej szokujące wrażenie, bo pierwsza kustoszka powtarzała osłupiała – „Przecież pani dostala odmowę, a jednak, mimo wszystko, zrobila to pani”. Ja na to – „Tak, zrobilam to.”


Piątek, 20 maja 2011

Zbudzilam się o 7 czy szóstej i mój mózg zaczął wirować, ale postanowiłam zasnąć ponownie. I zasnęłam, choć nie bez trudu. W południe pojechaliśmy do Charite, gdzie przyjęła nas położna, Antje. CTG tym razem i badanie bezpośrednie, zupełnie bezbolesne. Jest znów ciut lepiej, bardziej miękko, szerzej, ale tylko ciut. W południe spotkaliśmy Manfreda Sommerlada. Poszliśmy z nim na Flammkuchen – naleśniki, do naszej małej restauracyjki na Sophienstrasse. Manfred mamrotal swoje zaklęcia, mówił tak cicho, że ledwie można go było zrozumieć. Zaczął opowiadać skrawki i strzępki swojej historii, jego pamięć robiła pętle, nawracał i przytaczał dialogi, imiona, gubił się w didaskaliach i nurkował w kolejne dygresje. W pewnym momencie się rozpłakał. Najpierw poczułam ciepło swojej ręki, potem poczułam ciepło wierzchu jego dłoni pod moją ręką. Wzdrygnął się wyraźnie. Wytrzymaliśmy 3 godziny. Wielu historii nie zrozumiałam, jego usta nie są w stanie wyraźnie wymawiać słów. Żydowska, potworna trauma i trauma końca gasnącego życia tworzą bardzo ciężki zespół symptomów. Wieczorem przyszła Andriana. Wypiliśmy we trójkę butelkę wina. Sławek nie pił. Przygotowuję się psychicznie. Boję się. Moja wyobraźnia, jak zwykle w takich sytuacjach, nie działa. Strach napotyka na ścianę, na odmowę, która jest prawdopodobnie produkowana przez lęk. Rozmawialiśmy do późna. Jutro mam Różę urodzić. Patrzę na jej puste łóżeczko. Nie dowierzam – czy to wszystko? Czy to możliwe? Będę patrzeć na to łożeczko, a potem na łóżko przez następne 15 lat, jeśli nie dłużej. To łóżeczko jutro albo pojutrze będzie wypełnione małym ciałkiem.


Sobota, 21 maja 2011

Bolesna noc. Niebieska, ziołowa tabletka uspokająca i mimo wszystko tylko dwie pełne godziny snu… Siódma przebudzenie. Zaordynowany sex, ale nie mam siły, jestem zbolała. Andrew mamrocze – „Nie sądzę, żeby to robiło jakąś różnicę” 🙂 Zbieramy się do szpitala. Sławek nuci Marsyliankę dla kurażu. Andriana się spóźnia. Z Charite już dzwonili – noże naostrzone. Róża dobija do dna. Wali czółkiem w podest. Radiohead w tle. Mam skurcze, ale Adriana pewnie by się z nich pośmiała. Wszystko na dole płynne i ruchome. Przed naszym podniebnym bunkrem nie jestem już w stanie stać prosto. Więc siedzę na wzmacniaczu, który zabieramy, żeby mieć swoją muzę. Z trudem wsiadam do samochodu. Sławek i Andrew montują kamerkę na przedniej szybie. Jedziemy do szpitala.


Wtorek, 22 maja 2011

Piszę już z perspektywy sześciu dni, które wydają się nieskończonością. W sypialni, w małym łóżeczku śpi Róża. Jest piękna. Ma długie palce, pięknie zbudowane nogi, jest długa, szczupła i ma ogromne usta. Wszystko boli. Sławek wyjechał. Nad nami przetoczyło się widmo śmierci dziecka. Co byłoby oczywiście wizją ostateczną, do której by pewnie nie doszło, ale mój strach, przerażenie i panika w czasie porodu produkowały straszne obrazy. Ale o tym zaraz. W sobotę rano pojechaliśmy do szpitala. Kamera w samochodzie rejestrowała moje pierwsze skurcze. Na tym zakończyłam pisanie. Potem nastąpił poród. Piszę o nim w piątek, 27 maja, prawie tydzień później. Czas niczego nie pozwolił zapomnieć. Za oknem pomarańczowe chmury, głośna, cudowna muzyka, którą gra Andrew sprawia, że wieczór płynie. To, co wydarzyło się podczas porodu nie nadaje się do opisu w języku. Jeśli mogłabym podzielić życie na to przed i na to co po, zrobiłabym to. Ale życie nie jest podzielne na żadne przed i po. Nie piszę tu o cudzie dawania życia, czy też raczej wydobywania go na światło dzienne. Piszę o traumie, o lęku, o bólu, o krzywdzie. A przecież nie jest to krzywda, ani niezasłużony ból. Jest to po prostu ból poza wszelkimi wyobrażeniami. Poza wszelkim wyobrażalnym progiem przeżywania. Ból, który katuje. Ból będący katastrofą. Nie jest prawdą, że się o nim zapomina. Być może jest tak, że trzeba się otrzeć o granice śmiertelności, żeby wydać na świat życie. Nie wiem. Wiem, że jestem temu głęboko przeciwna. Gdzieś w głębi siebie zanegowałam to doświadczenie i nie jestem w stanie się do tej pory na nie zgodzić. Łzy mi lecą, kiedy o tym piszę. Nie będę zatem opisywać porodu, bo się tego nie da zrobić. Był on wyjątkowo dramatyczny. Róża w ostatniej chwili obróciła się twarzą do przodu, zamiast do tyłu. Była owinięta pępowiną wokół jednego ramionka i szyi. I zapewne to właśnie pępowina odwróciła jej głowę. Kiedy parłam, dziecku spadało ciśnienie, a we mnie rosło przerażenie. Co oznacza klin. Przez prawie cały poród miałam podobno zamknięte oczy, wpadałam w bolesny trans, z którego budził mnie jedynie trzeźwy okrzyk Andriany. Ale pamięć dźwiękowa zarejestrowala prawie wszystko. Dokładnie, skurcz po skurczu. Były to długie, wyczerpujące, potworne spazmy ciała rozrywające tkanki, sprawiające, że z otworów na dole płyną ciepłe, obfite strumienie krwi, że się wymiotuje, płacze, jęczy, dyszy. Po prawie sześciu godzinach, z czego cztery ostatnie spędziłam na próbach wypchnięcia dziecka z ostatniego odcinka kanału rodnego, sama zwinięta w embrionanej pozie, z nogami zawiniętymi do góry, w desperackiej próbie przyciągnięcia ich do siebie i wyrzucenia z siebie noworodka krzyczałam już tak, że Sławek musiał redukować poziomy w ustawieniach mikrofonu. Róży pobrali krew z głowy, żeby zmierzyć poziom tlenu, który był bardzo niski. Wiedziałam, że czasu jest już niewiele, a na cesarskie cięcie zbyt późno. Andriana w końcu zaczęła bez znieczulenia ciąć mięśnie „poszycia” na skos od waginy. Opowiadała mi później, że były tak twarde, że nie dała rady. Po niej nożyczki wzięła turecka położna. Nie czułam nic. Róża się urodziła w finalnym, rozdzierającym ruchu. Była 17:23, sobota, 21 maja 2011. Mój brzuch opadł. Poczułam niewyobrażalną ulgę. Jest to uczucie totalnej, absolutnej nieważkości, kiedy ciało znika zupełnie, kiedy go już nie ma. Zaczęlam rozjaśniać się od wewnątrz. Ale tam, na dole leżała milcząca istotka, niebieska, we krwi i śluzie. Nie ruszała się. Nie wydawała dźwięków. Z trudem podniosłam się na łokciach. Wyniesiono ją. Andrew nie miał szans przeciąć pępowiny.


Niedziela, 22 maja 2011

Wszystko jasne – szpital, Charite, ból, łóżeczko Róży. Niby tak, a jednak nie. Obudziłam się rano, właściwie obudziła mnie siostra. Zmierzyła ciśnienie. Frühstück, frühstück powiedziała, robiąc znaki w odpowiednią stronę. Mała leżała obok. Czyli ktoś ją przywiózł w łóżeczku. Spała. Spojrzałam jakoś tak beznamiętnie. Miałam problem – z czasem i przestrzenią, z samą sobą w czasie i przestrzeni. Zbyt oczywiste wszystko było, rzeczywiste instant. Danke schön, powiedziałam, podniosłam się i jak automat poszłam we wskazanym kierunku, gdzie na wózku przygotowane były croissant, pomidor, pokrojony w falbanę ogórek i jakiś biały serek, który przypomniał mi serek homogenizowany z lat 80 w Polsce. Zjadłam wszystko i poszłam z powrotem do łóżka, brudna, przepocona, nieświeża. Trzy ogromnych rozmiarów podpaski nasiąkły krwią przez noc tak, że było mi ciężko między nogami. Nie czułam nic. Jedynie ściśnięcie. Podmyłam się po długich próbach zrobienia siusiu. Przyszła jakaś pielęgniarka i powiedziała, żebym rozluźniła ramiona, bo siedzę ściśnięta. Potem wszystko ślimaczyło się przez cały dzień, badania, badania. Pobrali małej krew z piętki. Patrzyłam na to bez żadnych uczuć, choć igła byla ogromna. Andrew już wtedy przyjechał, stał obok. Sławek czekał na dole w samochodzie. Wracaliśmy bardzo długo. Dzień był upalny. Ja – kompletnie nieobecna. W Berlinie trwał jakiś maraton rowerowy i miasto składało się z objazdów. Nie mogliśmy się przebić przez kordony policjantów. W końcu ostatecznie zirytowany Andrew wysiadł, podszedł do policjantów i zażądał przepuszczenia nas przez zamknięte ulice. Udało się. Wieczorem wyszliśmy na kolację, niedaleko, do knajpy z niemiecką kuchnią, którą odwiedziliśmy na samym początku naszego pobytu tutaj:. Byłam jeszcze spuchnięta, z brzuchem, ale nie czułam bólu, w każdym razie nie taki, który miał dopiero przyjść w następnych dniach. Było ciepło, siedzieliśmy na zewnątrz. Potem nagle nadciągnęły ciemne chmury, zrobiło się ciemno i lunęło. Sławek pobiegł po parasol. Wróciliśmy powoli do domu. Jeszcze później uszyłam dla Sławka pokrowiec na komputer. Szyłam na maszynie, niby trzeźwo, w moim stylu, niechlujnie i pospiesznie, ale tak naprawdę odklejałam się już od siebie tak, jak Róża odkleiła się ode mnie.


Poniedziałek, 23 maja 2011

O 11 przyszła Zdravka. Zjedliśmy śniadanie. Zdravka tuliła Różę. Mała dała nam całkiem długą noc, więc czułam się dużo lepiej. Andrew nie obudził mnie nad ranem. Kiedy mała zaczęła kwilić, dał jej mleka i położył ją sobie na klatce piersiowej, co Róża uwielbia. W ciągu dnia zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Rozmawiałam, odpowiadałam na pytania, jadłam, jakkolwiek bez specjalnego poczucia smaku. Zaczynałam się odklejać jak łożysko od mojej macicy 2 dni wcześniej. W jakimś momencie zorientowałam się, że moje reakcje są automatyczne, że uśmiecham się jak po naciśnięciu guzika, a w środku zapadam się w sobie, jak mój własny brzuch po urodzeniu Róży. Pojechaliśmy do pediatry. Doktor Klaus Jürgen Taube, Hasenheide 66. Miła, śmieszna, bardzo niemiecka recepcjonistka. Nazwisko Andriany otworzyło nam jakieś tajemne przejścia, więc wsunęliśmy się do gabinetu wcześniej niż inni. Doktor był miły, kompetentny, niemiecki. Brakowało mu długich bokobrodów i dziwiętnastowiecznych instrumentów medycznych. Zbadał bestię, która zaprezentowała się jak jaszczurka, rozczapierzyła wszystkie palce i wyciągnęła przed siebie długie, chude nogi. Kiedy wyciągnął iglę, żeby jej pobrać krew i mocno zgiął dłoń, żeby zanurzyć ostrze w jej skórze, znieruchomiałam. Kiedy zanurzył ostrze po raz pierwszy Róża ryknęła jak małe lwiątko. Nie wbił się w żyłę. Kiedy zanurzył się po raz drugi, coś zaczęło we mnie pękać. Wbijał igłę, widziałam to jak w zwolnionym tempie i z każdym milimentrem czułam powiększającą się we mnie szczelinę, przez którą wylewa się ciepły strumień. Ten strumień zawierał w sobie wszystko – przerażenie tym, co się stało i co się mogło stać 21 maja. Przerażenie bólem i moją nieodpornością na niego. Pierwszą empatię nakierowaną na dziecko – nasze dziecko. Lęk przed tym, co się może z Różą stać w przyszłości. Poczułam gorące łzy formujące się pod powiekami. Spadły na ceratę z wielkim splaszem. Doktor Taube się odwrócił ze zdziwieniem. Przeprosiłam. Powiedziałam, że to wszystko przez ten piekielny poród. Recepcjonistka nie była gotowa z dokumentami, powiedzieliśmy, że to nic nie szkodzi. Postanowiliśmy napić się kawy i poczekać. Wyszliśmy na szeroką, dwupasmową ulicę zalaną gorącym słońcem. Poczułam jeszcze większy dystans pomiędzy rzeczywistością i mną samą. Wiedziałam jednak, że moja pamięć pracuje na najwyższych obrotach, że będę pamiętać ten moment aż po grób. Ulica Hasenheide, majowe słońce, mała Rosa w nosidełku, Andrew otaczający mnie ramieniem. I moja niepewność co do tego gdzie jestem, co robię, kim jest to małe dziecko. Późnym popołudniem zrobiło się jeszcze gorzej. Mała spała jak zabita, nie można było jej dobudzić. Andrew podnosił jej rączki, które opadały bezwładnie. Byłiśmy przerażeni. Żadnej potrzeby jedzenia, aktywności, nic. Andriana przyszła wieczorem. Królowa życia. Jeden palec pod główką Róży, ręka swobodna, ruchy szybkie. Dziecko, widać, czuje się bezpieczne, ufa jej, chce kontaktu. I natychmiast się obudziło. Diagnoza – jest jej zimno. Andriana szybko zrobiła porządek, ubrała Różę w dwie pary skarpetek, otuliła kocykiem i przykryła główkę. Jak mała ma zimne stopy, to znaczy, że jest jej zimno. Długo w noc rozmawialiśmy. O tym jak Andrew popada w panikę (twierdzi, że to nie panika) i o tym jak ja się źle czuję. Faktycznie, jestem w nieokreślonej, trudnej emocjonalnie przestrzeni, gdzie wszystko może mnie złamać. Na samą myśl o bólu, jakimkolwiek bólu, coś we mnie pęka. A potem się okazało, że Róża nie chce spać w nocy. Przetrwaliśmy jakoś, na zmianę do rana.


Wtorek, 24 maja 2011

Przed południem poszliśmy razem ze Zdravką na Parochialstrasse, żeby zarejetrować Różę w niemieckim systemie prawnym. Powoli, ze względu na moje bóle tu i tam. Przed nami czekały tylko dwie osoby, ale i tak trwało to wieki. W poczekalni były też inne niemowlaki do zarejestrowania. Duże, nabite, solidne. W porównaniu z nimi Róża to długa, wyciągnięta, trochę pognieciona jaszczurka. Kiedy tak powoli szliśmy w stronę Ratusza, zdałam sobie sprawę, że bierzemy udział w starym rytuale publicznego przyznania się do spłodzenie potomka, pielgrzymce do urzędu i rejestracji nowego członka społeczości. Urzędnik był bardzo miłym człowiekiem, pod sześćdziesiątkę, z dłuższymi, siwymi włosami. Poszukał w przepisach odnośników do polskiego i brytyjskiego prawa. W świetle przepisów polskiego prawa Róża musi nosić nazwisko po ojcu, tak więc wpisał: Róża Dixon, a ponieważ w języku niemieckim nie ma „ó” ani „ż”, więc Róża została zarejestrowana jako Rosa. Rosa Dixon. Wróciliśmy do domu, ja z trudem. Patrzyłam, jak Andrew niesie w chuście Różę. Wygląda jak samuraj. Ja z brzuszkiem wciąż sterczącym z przodu, sparaliżowana bólem, albo jego wciąż mocno obecnym powidokiem, chodzę jak kaczka. On, wyprostowany, sexy, jakiś taki ikoniczny. Kroczy lekko, nonszalancko, jak to on. Po południu Andrew wyjął z zamrażalnika łożysko i ceremonialnie odkroił milimetr. Wieczorem zaserwowal ten milimetr z listkiem bazylii. Kupiliśmy pstrąga i wino. Dziś były moje imieniny, więc dostałam prezent – krem do twarzy. Chcę jakoś wrócić do siebie. Potrzebuję psychicznego masażu. Ucieszyłam się. Wieczorem piersi nabrzmiały mi mlekiem tak, że myślałam, że pękną. Musieliśmy je ratować okładami z lodu.


Środa, 25 maja 2011

Wszystko mnie boli. Każdy mięsień. Muszę sobie trochę ulżyć pisaniem. Piersi mam jak dwie kopuły na Watykanie. Nabrzmiałe, wielkie, straszne. Nie mogę się nawet dotknąć. Pod palcami grudki gruczołów pełne mleka. Jak wyboista ulica. Senne popołudnie. Róża śpi w nosidełku, usta wybrzuszone, wydęte, wilgotne. Relaks. Pełny, głęboki sen. Ja w bólu. Boli mnie krzyż, boli mnie mięsień i ścięgno prawej ręki, boli mnie szew pod spodem i krwiak, który się zrobił na szwie. Bolą mnie odbyt i tkanki wokół, które wypchnęłam siłą podczas porodu. Nie mam siły na nic, jestem senna. Jedyne co jeszcze mogę robić to pisać. Kamery leżą odłogiem. Myślę, że Andrew udzielił się mój stan. Nie mogę za bardzo chodzić, więc Andrew sam powędrował na zakupy, a ja siedzę na kanapie i piszę. Kiedy siedzę przy stole, bolą mnie plecy i krzyż. Przyszła Andriana, obejrzała mnie. Poinstruowała jak karmić, ścisnęła boleśnie cycki, żeby zobaczyć czy wreszcie pojawiło się mleko. Mam mleko, jest, cieknie dużymi kroplami. Jestem zmęczona, potwornie zmęczona.


Czwartek, 26 maja 2011

Spacer, dobry dzień, mniej boli, albo mi się wydaje. Odwiedziliśmy Humboldtshain – trumeberg, czyli kolejną górę berlińskich gruzów. Tym razem bez potrzeby akcji. Tylko spacer. Na samym szczycie odkryliśmy ścianę z zamurowanymi drzwiami. Stalowe przerdzewiałe ramy z wielkimi zawiasami straszyły z wysokości. Bez progów, bez odrzwi, bez schodów. W równych odległościach, w znajomych proporcjach… Był to bunkier – flak turm. Andrew znalazł potem zdjęcia w sieci, ponurą wizję obronnej budowli, która miała za zadanie nie tylko ocalić tych co w środku, ale była wyposażona w działa na dachu i cały arsenał amunicji, która była wydawana windom kursującym pionowo wzdłuż osi drzwi. Potem sfilmowałam zmianę pieluszki. Andrew zawsze wygłasza do niej mowy. Jest to połączenie wielkiej czułości, brytyjskiego humoru i prawdziwego zaangażowania. Piątek, 27 maja 2011 Po południu wreszcie zebraliśmy się, żeby wyjść z domu, pojechaliśmy, oczywiście w szczycie korka po moje, od dawna zamówione i zapomniane szkła kontaktowe, Wściekli i rozbawieni tym, że wybraliśmy się tak późno i w tak nieodpowiednim momencie. Stamtąd do Kunstwerke, bez zapowiedzi. Nie chciałam, żeby wszyscy na nas czekali. Pomyślalam, że wystarczy jeśli spotkamy kogoś, komu będzie można pokazać Różę. Nie było już nikogo, spóźniliśmy się, ale był tam Artur, u siebie w mieszkaniu. Wdrapaliśmy się po krętych schodach, które skrzypiały jak zawsze. Artur był przejęty. Ja też. Andrew wyjątkowo spokojny i zdystansowany. Położył delikatnie Różę na łóżku. Odpakowaliśmy ją z kocyka. Jak towar przywieziony do sklepu. Długo wyczekiwany towar. Nagle zaczęło się ze mnie wylewać – trauma porodu, przestrach, że to jest tak blisko mnie, wciąż ściska mnie od tyłu za szyję, dusi, kiedy sie odwrócę. Artur pytał, czy filmujemy. Filmujemy, tak, al z trudem, z piekielnym trudem. Jakoś wbrew sobie, powoli, w zmęczeniu, które czasami jest nie do zniesienia. Czy potrzeba kamerzysty? Pewnie trzeba, ale nie wyobrażam sobie, żeby to mógł być ktoś inny niż Sławek. A Sławek zajęty. Wróciliśmy do domu. Postanowiłam obrysować ciałko Róży. Położyliśmy ją na kartonie. Zaczęła prostestować, wrzeszczeć, wić się jak robak. Ja z ołówkiem, uparcie, linia za linią wzdłuż jej ciała. Andrew z kamerą. Drżałam, bo się bałam i denerwowalam, że leży naga na twardej powierzchni, że jest jej twardo, że twardość w niezgodzie z jej ciałkiem. Wszystko to bardzo ciężko przychodzi, każda akcja z nią w roli głównej to walka. Andrew postanowił ugotować obiad – dobry i pożywny: brokuły, ziemniaki, kulki mięsne. Zaczęłam pisać. Odważyłam się powrócić do dnia porodu i zdalam sobie sprawę, że narósł we mnie protest wobec tego co się stało, że zgodnie z poleceniem Andriany „pracuję przeciwko bólowi”. Pracuję przeciwko bólowi, ale nie radzę sobie z nim. Nie radze sobie z rozpłatanym kroczem i nie radzę sobie z pamięcią o bólu.


Sobota, 28 maja 2011

Róża ma 7 dni. O 17:23 szliśmy koło Potsdamer Platz, spojrzeliśmy na zegarek minutę po terminie. Przedtem odwiedziliśmy dziewczyny w galeri Żak-Branicka. Próbowalam dziś ładnie się ubrać, jakoś się uczłowieczyć, powolutku. Wciąż trochę wybrzuszona z przodu, ale już prawie nie. Posiedzieliśmy w galerii grzejąc się w cieple dziewczyn, w serdeczności Moniki. Potem, jakoś tak rytualnie i pewnie dlatego, że nigdy tego nie robiliśmy, postanowiliśmy przespacerować się po terytorium pomnika Pomordowanych Żydów Europy. Piszę terytorium, bo pomnik jest terenem, zaborczym i łakomym. Wsysa ludzi i emocje. Ale być może jestem zupełnie emocjonalnie odizolowana od tego rodzaju języka. Nie czułam nic poza znużeniem. Wielkie, betonowe, gładkie, prostopadłościenne kloce stoją na obniżającym się stopniowo terenie, ludzie przemykają migawkowo w przerwach pomiędzy klocami, widać ich krócej niż przez sekundę, co wydaje się najlepszym optycznym efektem projektu. Niedaleko stoi bardzo piękny, skromny pomnik pomordowanych homoseksualistów. Jeden taki kloc – jakby odprysk pomnika Holocaustu, nieco przekrzywiony z dobrze umieszczonym wizjerem-oknem. A tam, za szkłem, można obserwować ekran. Na ekranie para całujących się chłopaków. Namiętnie. Obraz czarno-biały, akcja powolna. Bardzo to spokojne. W porównaniu z tępym patosem Holocaustu – kameralne. Stamtąd, z Różą w chustce, poszliśmy na Potsdamer Platz. Z ciekawości, nigdy tam nie spacerowaliśmy. Pamiętam zdjęcia, jakie robiłam w 2003 roku. Marek Szczepański mi pomagał. Teraz plac wygląda inaczej. Jest wielkim turystycznym wybiegiem. Postanowiłam wysłać list do Polski. Przed nami dwie osoby i jakaś wietnamska para przy kontuarze, która w wózku prywiozła około dziesięciu paczek do wysłania. Po dobrych 20 minutach zrezygnowaliśmy, wietnamska para wciąż wysyłała paczki. Potem znów na Potsdamer Platz, Sony Centre. Potworność. Klaustrofobia nie do zniesienia. Arogancja turystów, lans, bezdusznośc. Czułam się jak bakteria beztlenowa. Trzeba było uciekać. W domu zaczęłam filmować Różę GoPro. Zmiana pieluszki, Andrew z nią skin-to-skin. A przedtem zdjęcia jej, nagusieńkiej, na tle Berlina – za oknem, które wcześniej umyłam. Za długo to wszystko trwało, mała się zmęczyła i zirytowala. Andrew się zasnuł. Przesadziłam. Poczucie winy. Straszne. Róża płacze i płacze. Ja w rozpaczy. Nagle mnie wszystko dopadło na nowo. Ból porodu, lęk przed przyszłością, lęk przed porażką, którą ten straszny poród był jakąś antycypacją. Trzepot, który, zupenie nieobecny podczas ciąży, teraz wraca falą. Toksyny spowodowane brakiem snu mnie zatruwają. Zamiast pisać zaczęłam gotować obiad. Moja kolej. To tylko pogorszyło sytuację. Łzy. Andrew, rozmowa. Śmiać mi się chce z siebie samej, ale to nie pomaga. Mam napady lęku przed odpowiedzialnością, potem przychodzi ból, który wywołuje krwiak, który umieścił się pod szwem, potem ból macicy, która powoli zwija mięśnie, a potem radość z małej, takiej pięknej istoki, a potem znów ból i rozprzężenie, huśtawka nie do wytrzymania. Postanowiłam sprawdzić ile mam pokarmu. Pompka była bezlitosna. Mniej niż 5 mililitrów. Może spowodował to stres, a może poprostu nie produkuję mleka. Zdołowało mnie to jeszcze bardziej. Róża musi być karmiona głównie mlekiem z proszku. Shit.


Niedziela, 29 maja 2011

Róża ma katar. Małe płucka z trudem łapią powietrze. Ale nie płacze, nie narzeka. Walczy z katarem. Spałam do południa, z przerwami na karmienie, oczywiście. Przespalabym cały dzień, gdyby to było możliwe. Teraz z pokoju dobiega głos Andrew usypiającego Różę, która ma swój diabelski wieczór. Katar dał jej się w końcu we znaki i się strasznie rozmarudziła. Ma 7 dni i zaczyna być zadziwiająco sprytna. Wie, że może nas steroryzować i, że chociaż to niełatwe, to przy odrobinie uporu da się to zrobić. Chciałam jej namalować zabawki, duże, kolorowe znaki berlińskie, trümmerbergs, budynki, jeziora, chmury, ale zrobiła taki raban, że trzeba było w końcu ją wycałować i przytulić, a na koncu dać piersi…. Po południu poszliśmy odwiedzić następną górę gruzu, tym razem Friedrichshain. To niedaleko. Znów jeden wielki piknik. Mnóstwo ludzi. Wszyscy wystawiają twarze do słońca, biegają, rzucają psom patyki, przeżywają swoją samotność lub pokwasowe wizje. Wzięłam Różę w chustkę, po raz pierwszy, zawsze do tej pory robił to Andrew. Wsadziliśmy ją w chustkę „na żabę”. Okazała się lekka jak piórko w porównaniu z brzuchem. Spała jak suseł. Poszliśmy na sam szczyt. Góra gruzu. Próbowałam sobie ją wyobrazić w przekroju, pełną budynków, placów i bruków. A na tym wszystkim drzewa, psy, biegacze, szczęśliwe rodziny i turyści, rzeźby.


Poniedziałek, 30 maja 2011

Dzień prób, błędów i nedużych sukcesów filmowych. Zrobiło się bardzo ciepło i parno, więc postanowiliśmy wziąć Różę na schody, skąd widać cały Berlin. Dokładnie jak prawie miesiąc temu, kiedy jeszcze była w brzuchu. Wtedy szłam tym samym korytarzem, z wielką bryłą z przodu. Teraz – tak samo, na golasa, z Różą w ramionach. Andrew z super 8 z tyłu, na rogu korytarza. Potem na następnym rogu, potem na balkonie. Na balkonie Andrew za moim prawym ramieniem, Róża w powietrzu, na moich rękach lekko podniesionych do góry. Ta sytuacja zawsze mnie ekscytuje swoją prostotą i brakiem scenariusza. Zawsze jest to samo – brzuch i Berlin, Róża i Berlin. I nic więcej się nie wydarza. Nad Teufelsee nastąpił jeszcze jeden reenactment, ale niezbyt udany. Andrew z Różą, opowiadający jej historię egzorcyzmów biskupa Brandenburgii… Komary, piknik naturystów, jakieś rozproszenie, mój brak profesjonalizmu w posługiwaniu się Canonem. Dobry, prosty pomysł i z jakiegoś powodu nie zadziałał. Róża spała jak zabita, między tatą a córką nie było żadnego kontaktu. Trzeba to zrobić jeszcze raz…. Wieczorem przyszedł Manfred. Zanim przyszedł, przysłał kwiaty. Pierwszy raz dostałam kwiaty przez posłańca. Trzymałam Różę na rękach, posłaniec się tylko uśmiechnął, powiedział, że sam się podpisze na kwitku i wniósł wielki bukiet z przyczepionym do niego mniejszym bukietem i małym misiem – dla małej. Na kartce przyczepionej do bukietu było napisane: Love, Manfred Sommerlad. Przyszedł i zaczął mamrotać swoje zaklęcia nad Różą. Jego historie oscylują pomiędzy dialogami, cytowanymi detalicznie i wielkimi, nierealnymi uogólnieniami…. Róża skupiła jednak uwagę tak skutecznie, że Manfred wkrótce zapomniał o swoich opowieściach. W jakimś sensie ją pobłogoslawił. Odwieźliśmy go potem do jego wynajętego mieszkania w bogatej dzielnicy Berlina. Manfred kazał się wieźć swoją drogą, co zakończyło się bardzo długą wycieczką po obrzydliwie bogatych dzielnicach West Berlina.


Wtorek, 31 maja 2011

Przyszedł czas żeby pójść do Kunstwerke i pokazać Różę pracownikom biura BB7. Poszliśmy zatem, z Różą w chustce, w powalającyn upale, który wbijał się w głowę ostrym klinem. W biurze wszyscy, którzy byli obecni pochylili się nad spuchniętą od upału małą istotką, która spała jak zabita. Po południu lunęło. Róża, leżąc na swojej wieży do przewijana odwracała głowę jak tylko mogła w stronę deszczu……Wielkie krople uderzające o szybę hipnotyzowały ją. Sfilmowałam to na super 8. Nieprawdopodobna jest ta pierwotna ciekawość. Widziała deszcz na szybie po raz pierwszy w życiu. O 19.00 odwiedziliśmy UDK – Universytet Sztuk Pięknych. Bureau for Melodramatic Research przyjechało z Rumunii z wykładem o aborcji w postkomunistycznym postkrólestwie Causescu. Znamy Bureau z Mołdawii. Zasłanialiśmy Róży oczy, kiedy pokazywane były obrazki rozstrzaskanych płodów w zakrwawionych ręcznikach. Bureau bardzo sprytnie zestawia zasadę strukturalną melodramatu z relacją Wschodu Europy z Zachodem. Przy czym opowiada nie o racjonalnych aspektach problemu – np. aborcji, choć to też, a o użyciu i nadużyciu emocji z owym problemem związanych w przestrzeni publicznej. Róża przespała smacznie cały wykład. Zakwiliła na końcu i Andrew sprawnym ruchem włożył jej butelkę do ust. wypiła 90ml. Zasnęła z powrotem. Środa, 1 czerwca Trudna noc, Róża wydaje pierwsze dźwięki strunami głosowymi!!! Róża kaszle. Humboldtshain… Popołudnie w domu – feeding non-stop/yoga! Lepiej mi.


Czwartek, 2 czerwca 2011

Następna trudna noc. Karmienie Róży piersią o pątej nad ranem mija się z celem. Głód nie przeszkadza jej w momentalnym zasypianiu. Rzuca się na sutek i…. zasypia. Walczę z nią, ale moja frustracja rośnie. I deficyt snu rośnie. Katar zamienił się w kaszel. W nocy brzmi dość dramatycznie, więc ogarnia mnie przemożny lęk, że któregoś razu się zakrztusi. Wzięłam ją dzisiaj do łóżka, położyłam obok siebie i postanowiłam czuwać. Czuwałam w półśnie. Yoga rano – zaordynowana przez Andrew ma mnie uchronić przed migrenami, które nękały mnie parę dni z rzędu. Wydaje się naprawdę pomagać. Zatem ćwiczyłam przez godzinę. Pojechaliśmy potem ze Zdravką i Wanią nad jezioro Liebnietzsee, które Zdravka opisywała jako opuszczone. Nie było opuszczone. Przedzieraliśmy się przez hordy pijanych Niemców, którzy świętowali Wniebowstąpienie Chrystusa, czy coś takiego. Nad samym jeziorem całe rodziny pluskały się przekrzykując się nawzajem. Panował zgiełk i chaos. Rowery, piesi, samochody. I ponad wszystko – piwo. Sedzieliśmy jacyś tacy ściśnięci nad brzegiem, na czerwonym kocu, który dała nam Zdravka. I Wania i Zdravka poszły pływać, na golasa. Bardzo im zazdrościłam. Muszę poczekać…. Wciąż krwawię i wciąż szew się nie rozpuścił. Krwiak się nie wchłonął. Boli i piecze. Róża – w wózku, jak anioł. Spała przez całą drogę. Mam wrażenie, że mam coraz mniej pokarmu.


Piątek, 3 czerwca 2011 – sobota, 4 czerwca 2011

Dwa ostatnie dni przed wyjazdem kompletnie mi sie rozmyły. Może z wyjątkiem piątku. Tego dnia znów pojechaliśmy do Zachodniego Berlina, w nasze dwa ulubione miejsca – Teufelsee i Teufelsberg. Było gorąco. Nad jeziorem Andrew znów wyszeptał Róży legendę o egzorcyzmach. Tym razem siedział wygodnie i mówił z nerwem. Walczyliśmy z komarami. Ja z kolei walczyłam z GoPro, żeby zmusić je do posłuszeństwa, do powolnego przesuwania się po powierzchni liści, ziemi i bagna. Po obejrzeniu materiałów okazało się, że kamera pędzi w zawrotnym tempie. Za szybko…. Trzeba będzie tu wrócić po raz trzeci. Na Teufelsberg było jeszcze trudniej, bo komary o tej porze, o zmierzchu atakują bez milosierdzia. Bez trudu znaleźliśmy dziurę w ziemi, którą kiedyś wykopał dla mnie Andrew. Wewnątrz wgłębienia leżały cegły i kamienie. Andrew je delikatnie odłożył na bok. Potem wymościł połowę dziury czerwonym śpiworem i ułożył tam Różę. W czarnych śpioszkach, które pofarbowałam dzień wcześniej, w zielonej chusteczce na głowie, wyglądała bosko. Rozpadlina.


Niedziela, 5 czewrca 2011
Wyruszyliśmy nie o świcie, jak planowaliśmy, ale dość wcześnie. Wschód, wschodni Berlin, wschodnia granica Niemiec, zachód Polski, złe drogi. Dobra podróż…. Urywam tu moją opowieść, bo to co ważne, ważne jest w kontekście Berlina. Zdaje się, że najważniejsze z tego, co się wydarzyło, to pytanie, które nagle pojawiło się w mojej głowie – gdzie jest moja matka? Dlaczego jej tu nie ma… koło Róży, blisko…? Odpowiedź przyszla ostatniego dnia podróży, w piątek. Andrew zmusił mnie do odwiedzenia w Szczecinie Gosi, mojej siostry. Dzwoniłam na komórkę, nie odbierala, wysyłałam smsy – nic. Zdobyłam się w końcu na odwagę i zadzwoniłam na telefon domowy. Spieszyla się do szkoły muzycznej, żeby odebrać swojego syna, Lucka. Najpierw zabiedzona postać mignęła w szczelinie okna samochodu, pochylona, utyta, z maską nieszczęścia na twarzy. Serce mi się ścisnęło. Wysiadłam. Trzymala komórkę przy uchu i płakała rozmawiając z Jędrkiem, naszym kuzynem. usłyszałam końcówkę rozmowy – „Asia ma dziecko.” Zareagowalam z zimnym spokojem, ale wewnątrz rozpadłam się na wiele niezbornych kawałków. Patrzyłam na nią rejestrując wszystkie zmiany, dewastacje i ściśnięcia, które spowodowała choroba. Depresja i lęk zrobiły zatrważające postępy. Zapytała o Różę, ale jej nie dotknęła. Matka w niej rozgościła się na dobre. Poczułam lęk, czułość, martwotę. Miała na sobie buty, które widziałam 10 lat temu, niebieską bluzkę z second handu i obszerną spódnicę. Włosy w nieładzie, długie, nieobcięte, spięte w kok z tyłu. Dwa aparaty słuchowe. Pochylenie do przodu, problemy z wymową. Mówiła przez zaciśnięte zęby, z trudem. Powstrzymywała wybuch płaczu. Ja – w reakcji, na dziwnie naturalnym luzie, próbującym rozmyć jej skurcz. Spotkanie mną wstrząsnęlo. Wszystko wróciło, mocno i wieloznacznie. Trauma choroby matki. Wiem, że matka jest nie tylko w niej, ale też z nią, przerażona i wierna. Przyszedł Lucek, rozdrażniony upałem, gruby i spocony. Biedny dzieciak, miał wypadek rok temu, ktoś podstawił mu nogę. Wylądował na wózku na 2 miesiące, nie rozpoznany uraz głowy. Potem były sterydy. Teraz nie ma wózka, ale są bóle głowy. Ma długie rzęsy, burzę włosów na głowie. Jest bardzo ladny.


Niedziela, 12 czerwca

Dziś Róży wyrosły na czole włosy w poprzek. Te, z którymi się urodziła powoli wypadają, wycierają się, zanikają. Rosną nowe. Pojawiają się na skórze w równych rzędach, którymi pewnie rządzi prawo komponujące planety i gwiazdy w takie same układne szeregi. Przyjechała do nas siostra Andrew, Wendy razem z córką, Sophie, więc dzień wypadł. Dużo było gotowania i spacerowania. Rabarbar raz jeszcze, który przypomniał mi pamiętną tartę z napisem Róża. Róża rośnie, patrzy z uwagą, jest Osobą wreszcie. Oglądaliśmy dzis parę klipów nakręconych bezpośrednio po porodzie, na 2-3-4 dzień. Widać tam lęk, niepewność i brak relacji.


Poniedziałek, 13 czerwca 2011

Próbowałam dziś rano, po raz kolejny odebrać świadectwo urodzenia Róży. Pukałam w wielgachne drewniane odrzwia berlińskiego Urzędu Stanu Cywilnego na Parochialstrasse. Zimnouprzejma, siwa pani otworzyla je na 10cm i zapytala „What’s your problem”, kiedy tylko zorientowała się, że nie mówię po niemiecku. Wybuchłam „I do not have any problem, what I want is the birth certificate of my daughter!!!!!!”. Świętowali. Niemcy. Bez przerwy świętują, odpoczywają, nie chcą, wyczekują. Nie chce, nie dba, żartuje. Wściekla wróciłam do domu. Z Wendy i Sophie pojechaliśmy do Treptower Park. Wrzuciłyśmy malucha w wózek i przeszliśmy całkiem spory kawałek. Piękny park. A w nim postpunki z psami i kolczykami w nosach. I nie ma turystów! Wielka ulga. Wózek trząsł się i podskakiwał na wybojach. Spostrzegliśmy, najpierw od tyłu, wielką postać żolnierza radzieckiego. Miał miecz, tak wielki, ze zwisał z postumentu i dziecko na ręku. Żołnierz wybawiciel. Kiedy obeszliśmy naokoło całe to scenograficzne założenie, okazało się, że z przodu flankują je jeszcze dwie rzeźby, siedzących tym razem żolnierzy, prawie identycznych, z tym że jeden był wąsaty, a drugi nie, pochylonych, zamyślonych, jak Chrystus frasobliwy. Wszystko to otaczały drzewa, wewnątrz rząd wierzb, a za wierzbami – topole. Dokładnie takie jak na Curie-Skłodowskiej w Bydgoszczy. To ulica przy której stoi blok, w którym spędziłam dzeciństwo i szpital, w którym się urodzilam. Topól w Bydgoszczy już nie ma. Gorliwe władze miasta pozbyły się problemu, albo topole po prostu zakończyły życie. Te w Treptower Park są młode i żwawe, bujają na wietrze. Podobno marmur i okładziny kamienne użyte do budowy pomnika pochodzą z budynku Kancelarii Rzeszy Adolfa Hitlera. Niedaleko jest wybrzeże Szprewy. Poszliśmy tam na naleśniki. Czas pikniku, wszyscy uśmiechnięci odświętni i uprzejmi. Róża zrobiła się głodna. W strasznym upale karmiłam ją piersią. Wieczorem Wendy i Sophie wrociły do Anglii.


Wtorek, 14 czerwca, środa 15 czerwca, czwartek 16 czerwca, piątek 17 czerwca 2011

Sławek przyjechał, po raz drugi. Zrobiło się intensywnie. Zaczęliśmy wracać w różne miejsca, takie jak Tempelhof, ale odwiedziliśmy też nowe, jak Gleim Tunnel. Sławek filmuje dosłownie wszystko. A najbardziej Różę. Zaczęło się od prostej konieczności. Trzeba było zrobić Róży fotkę do paszportu. Poszliśmy więc do fotografa, niedaleko – wyprawa z wózkiem. Najpierw załadowano nas do windy, zamykanej na stalową kratę. Krata domknęła się z wielkim trzaskiem, ku przerażeniu Róży i zjechaliśmy tylko 1 piętro niżej. Wielkie, białe tło zostało rozwinięte z rolki i zsuęło się na podłogę. Na tym wylądowała Róża. Musiało być twardo i zimno, bo wpadła po 5 minutach w niedaj subiekty wtorek – fotka Róży, paszport, Stacja Grunewald Sroda – czwartek – Andec, Tempelhof, Gleim Tunnel, rozmowa ze Slawkiem – kamera subiektywna piątek – Tempelhof, rozmowa ze Slawkiem – gdzie jestes?


Sobota, 18 czerwca 2011

Przed szóstą Andrew nakarmił Różę, przespalam moment. Zbudziłam się, jak już wychodził. Postanowił wsiąść na rower i objechać Berlin, jaki chciał odnaleźć po swojemu. Miałam przypilnować małej. Ale Róża miala swój własny plan na wczesny poranek. Nie chciała mojego półprzytomnego cycka, nie chciała butelki i nie chciala smoczka… Co 5 minut wydawala z siebie dźwięk, ktory zrywał mnie z łóżka. O 9 nie wytrzymalam i zadzwoniłam do Andrew, żeby wrócił i uratował mnie od potwora, więc wrócił. I uratował. Zasnęlam na godzinę. Na Teufelsberg zbieraliśmy się prawie cały ranek, aż nagle zrobiła się 14.30. W pośpiechu na dół, do samochodu, Róża owinięta w kocyk, czapeczka bawełniana na głowie, wiem, że na Teufelsberg jest wietrznie. Znowu, obsesyjnie – to samo wzgórze. Jedno z moich niejasnych, ale upartych przeczuć – wrócić w to samo miejsce, ale już z Różą, niby tak samo, ale zupełnie, zupełnie inaczej. Chmury zbierały się już po drodze, było wilgotno, parno, duszno. Zadzwoniłam do Artura. Zaczęłam nagle mówić o tym, że trzeba przerwać filmowanie i zacząć oglądać materiały. A ponieważ Artur jak nieświadomy swojej roli psychoterapeuta zazwyczaj wycina ze mnie prawdę kawałek po kawałku, więc pewnie tak właśnie jest, trzeba przerwać pracę. Jaki film będzie efektem dwumiesięcznych wysiłków, dzień po dniu? Pyta Żmij. Mam wrażenie, że trzeba zrobić zarówno film rzekę, którą ogląda się w galerii ‚at random’, i w zależności od szczęścia trafia się lub nie na moment kulminacyjny – poród, jak i spreparować kondensat, gęstą, czystą narrację o najważniejszych momentach „Róży w Berlinie” Przed wejściem zapłaciłam coś koło 175 euro, z bólem serca (za niecałe 60 minut filmowania. Strażnik był wysoki, nordycki typ. Jakoś tak bardzo podobny do Davida Lyncha. Tak mnie to uderzyło, że w drodze powrotnej zapytałam, czy David Lynch faktycznie to wzgórze kupił. Nie, nie kupił, reszty odpowiedzi (po niemiecku) nie zrozumiałam. Jak podchodziliśmy do wielkiego radaru, zaczęło kropić. Wielkie, tłuste krople letniego deszczu. Jak wchodziliśmy po schodach, lało. Na samej górze szalała ulewa. Schowaliśmy się w radarze. Przez dziury w niektórych trójkątach przeciekał deszcz. Zerwał się wiatr. Strażnik patrzył na nas ze współczuciem. Echo w tej idealnej kuli było niesamowite, głos odbijał się od płaskich, trójkątnych kawałków tkaniny, mutował, powracał. Po jakiejś chwili Andrew położył Różę w samym centrum kuli, na betonowym podwyższeniu. Zwinęliśmy podwójnie kocyk, żeby nie zmarzła. Wyciągała rączki w górę i na boki jakby chwytając powietrze i pogłos deszczu i burzy. Zachowywała się jak żuk przewrócony do góry nogami. Byłam w stresie, wiedziałam, że może zmarznąć, ale nie wiedziałam kiedy skończy jej się energia ciepła i poczucie bezpieczeństwa. Wszyscy troje tańczyliśmy z kamerami wokół malucha spiesząc się bardzo. Ja z super 8 i z Holgą, którą wykorzystaliśmy kiedy Andrew wziął Różę na ręce i znieruchomiał na tyle, że można było zaryzykować 7sekundową ekspozycję. I tak wszystko będzie poruszone i nieostre. Skończyło padać tak nagle jak zaczęło. Powietrze było bardzo wigotne, już nie wiało. Wzięliśmy Różę na krótki spacer po dachu bazy. Andrew tańczył z nią, przemawiał, tulił i pokazywał Berlin z wysoka. Poziom, albo raczej głębokość mojego przywiązania do tej małej dziewczynki rośnie z dnia na dzień. Kiedy patrzę na nią prawie wstrzymuję oddech. Sławek w pewnym momencie zapytał, czemu się jej boję. I to prawda – boję się jej, jak boi się człowiek, któremu powierzono coś, co go przerasta. Nie wiem z czego jest zrobiona (Róża), odpowiedziałam. Nie wiem co czuje, nie rozumiem wielu jej reakcji. Boję się, że zmarznie, że się znowu przeziębi, że ją wykorzystuję.

Zamknij